Naród nasz jest wojowniczy – nie ustaje w walce o nic. Chyba znacie „wojenko, wojenko. cóżeś ty za pani; że za tobą idą chłopcy malowani”. U Fosse’a piękna pani jest Śmiercią, ale u nas wojna jest piękną panią. Chłopcy malowani z mętnym spojrzeniem idą za nią w ogień. Ostatnia nasza wojna rozpaliła żołnierzy – jedna strona agituje za eliminacją wyznawców ideologii gender; druga przeciwstawia im eliminację purpuratów i karmazynowców.
Obserwatorów tej walki kogutów dziwić musi kompletny brak sensu po obu stronach. Dlaczego? Popatrzmy: runda pierwsza, episkopat wszczyna wojnę zarzutem, że „gender studies” to ideologia i podbudowuje swoje oskarżenia kanonadą z haubic (genderyści starają się wymazać fakt istnienia różnic między płciami, skrycie dążą do destrukcji rodziny i wprowadzenia w świecie raju seksualnego dla wszystkich). Nie da się nie zauważyć, że strona spod znaku purpury i karmazynu działa taktyką wypracowaną przez siebie od setek lat. Składają się na nią następujące kroki: najpierw mówi się o herezji, potem o heretykach, a na końcu wskazuje konkretnych heretyków za pomocą mniej lub bardziej udatnych aluzji. Reszta ma należeć do zbrojnego ramienia, które podejmie się jakiejś formy eliminacji genderystów. Koniecznie ich, albowiem dopóki są genderyści, dopóty będzie genderyzm. Pisz wymaluj jest to to samo, co wyprodukowało CzeKa, zbrojne ramię mające za cel eliminację kapitalistów, dzięki czeku zniknie kapitalizm. Tym samym była carska ochrana – należało wyeliminować Polaków, szpetny naród wyznający wiarę w istnienie mistyczne Polski, pomimo tego, że Polski nie było. Nie muszę chyba przypominać naszego czterdziestoczteryzmu, towianizmu, tudzież Braci Zmartwychstańców. W działanich tej strony widać zupełnie nie skrywaną tęsknotę za używaniem ekskomuniki i inkwizycjonizmu.
Już widzę zacierające się ręce czytelników, tych z nich, którzy dostrzegą w tym co napisałem agitację i sojusznika genderystów. Nie sądźcie pochopnie. Istnieje ale, którego zwolennikami musimy być. Powodem zapoczątkowania wojny jest problem statusu genderyzmu. I to powiem twardo – episkopat się nie myli, genderyzm jest ideologią, a co za tym idzie orężem walki, nie tej szlachetnej zwanej boksem, ale walki na śmierć i życie. Lecz choć to argument prawdziwy, to jego ostrze stępia to, że kocioł przygaduje garnkowi. To walka dwóch ideologii, w której żadna ze stron nie nadstawia policzka drugiej.
Atak spotkał się z kontratakiem. Jakiś profesor genderyzmu, jak rasowy polityk, skłamał twierdząc, że genderyzm to nie ideologia, ale nauka. To szczególna nauka – wiedza jako dorobek genderowych naukowców jest używana jako oręż w walce. W taki sam sposób w jakim ewolucjoniści dają popalić kreacjonistom. Niczego innego nie chcą jak tylko wypalić w mózgach kreacjonistów miejsca, w których rodzą się toksyny wiary w to, co namiętnie odrzuca ewolucjonizm. Tę namiętność widać w płomiennnych argumentacjach Dawkinsa, który nie zauważa, że miotający nienawiść Dawkins jest podobny do Savonaroli. To Savonarola ewolucjonizmu – mało kto zauważa, że Dawkins mówi: wierzę w przypadek. A przecież „Przypadek” może być imieniem Boga.
Genderyzm jest przede wszystkim ideologią. Genderyści nie ograniczają się do opisu tego, jak zorganizowany jest świat płciowości. Problem w tym, że ta organizacja oburza genderystów. Mało którzy z nich dostrzegają obecność gniewu w sobie. Gdy mają do czynienia z kliterydektomią gniewają się na mężczyzn i kobiety, którzy akceptują ten rytuał jako zastany, pochodzący od Innego. Genderyści nie są w ciemię bici; wiedzą, że dyskurs pozwalający na istnienie kastracji łechtaczek nie pochodzi od mężczyn (niezależnie od ich płci); on pochodzi od Innego, czyli od nie wiadomo kogo, ale od miejsca, które określone jest tylko przez imię własne (dzięki inwencji Lacana znamy to miejsce jako „znaczący polski”, ale i „znaczący Polski”. Przypomnę, że w „Ubu Król” Polska leży nigdzie, co nie oznacza, że nie ma Polski, ale, że Polska jest nigdzie.
Gdy dla Marksa komunizm oznaczał koniec historii, dla genderystów raj oznacza koniec płci, płeć, czyli nigdzie. Oczywiście, nie ma to nic wspólnego z nauką, za to wiele z misją, ze swoistą „ewnagelizacją” narodów, dążącą do wyzwolenia ludzi z opresji ustanawianej przez płeć: „masz c…, więc bądź kobietą, masz p…., więc masz być mężczyzną”. Im także chodzi o wyzwolenie, tylko od czego innego niż Ewangelistom. I celibatariusze i genderyści widzą zniewolenie. Widzą, popadają w gniew i próbują znieść je. Pierwsi widzą zniewolenie w ludzkiej skończoności, w konieczności jaką jest Śmierć. Drudzy w skończoności z góry zadanej obecnością znaczącego płci – jeśli jesteś kobietą, to nie jesteś mężczyzną; jeśli jesteś mężczyzną, to nie jesteś kobietą. Nawet najbardziej wyszukane istoty ludzkie w kwestiach płci, jakim są transeksualiści, potwierdzają tę skończoność płciowości – żaden z nich (żadna też) nie chce dwupłciowości. Chce tylko jednopłciowości, co gwarantuje im tylko znaczący, np. podmiana zaimków On/Ona, zamiana form imion itp.
Każdy znaczący jest taki – konstytuuje jakikolwiek byt jako coś skończonego (jesteś drzewem, to nie bądź rzeką; jesteś drzewem, to rośnij wysoko, a nie płaź się jako krzewinka). Negująca funkca znaczącego nie jest jedyną jego właściwością. Jest jeszcze druga, ta, która rodzi rozmaitość, róznorodność w obrębie bytów, np. „jesteś dzieckiem, ale nie dorosłym”; „jesteś facetem, ale maminsynkiem”, „jesteś kobietą, ale blondynką” itd. Zwróćcie uwagę na zmianę funkcji spójnika w kierunku partykuły przeczącej.
W większej swej części nauki o człowieku (nie mylić z nauką o organiźmie, jak np. biologia, biochemia, medycyna itp.) zmagają się ze skończonością ludzkiego bytu. Albo proponują remedium na skończoność (śmierć jest tylko stacją przesiadkową), chrześcijaństwo, islam, buddyzm itd; albo panaceum, obietnicę wyzwolenia ze skończoności poprzez realizowanie innych możliwości, z których każda następna jest równie skończona jak wyjściowa (niczym innym nie jest koncepcja samorealizacji Rogersa i Maslowa – niestety, żaden z nich nie wspomniał, że życia nie starczy, by przetestować nieskończoność możliwości w konfrontacji ze skończonością samego życia człowieka). Na planie intrapsychicznym odpowiada temu męski fantazmat „będę miał wszystkie kobiety” i wariant kobiecy „chcę mieć tylko jednego mężczyznę (którego jednak mogę wybrać testując masę innych).
Wszelako nauka inaczej postępuje ze skończonością – nie przyjmuje jej do wiadomości, olewa ją („nauka tym się nie zajmuje”).
Jak łatwo zauważyć, nie każdy zasób wiedzy, nie każdą kumulację wiedzy można nazwać nauką. Z tego punktu widzenia psychologia nie jest nauką (poza behawioryzmem), psychoanaliza też nie, „gender studies” też nie. Czy psychoanaliza jest ideologią? Często bywa, zwłaszcza gdy interpretuje wszystko lub zdradza podmiot w jego różnorodności. W sensie dyskursu uformowana jest inaczej, nie jest remedium i panaceum na skończoność; nie olewa jej także. Jest formą, a nawet sztuką konfrontowania człowieka z jego skończonością.
A co ma do powiedzenia w sprawie gender? Jest po stronie taktu czy paktu płciowego?
Chyba trzeba ten temat pociągnąć.
P.S. Bob Fosse wyreżyserował „All that jazz”, a w nim Śmierć jako kobietę.
One Comment, Comment or Ping
Ursula Le Guin napisała „Lewą rękę ciemności”, fantazję na temat tego, co by było gdybysmy stali się dwupłciowi. Interesująca książka.
Grudzień 10th, 2013
Reply to “Takt płciowy, a może pakt płciowy?”