Nie język jest wszystkim lecz mowa – cz.II


No to kontynuuję. Badacze zwierząt, w tym nawet najbardziej godni tej nazwy, jak Jane Goodall, animalizują człowieka jak bardzo się da. Jej miłość do szympansów prowadzi ją, jak i innych prymatologów, do sądu implicite, że człowiek jest wyjątkowym szympansem. W swej książce „Przez dziurkę od klucza” tak oto zachwyca się szympansami: szympansy kierują się emocjami i pragnieniami, snują plany, tworzą przyjaźnie, zawierają sojusze, kochają i cierpią, posiadają wyraźną osobowość i cechy charakteru. Na Boga! Co szympansiego jest w szympansie?

Zauważcie, że prymatolodzy nie poruszają tej kwestii, podobnie jak i tego, co człowieczego jest w człowieku. A jest tego tak wiele! Ludzie oczerniają, szantażują, poniżają, mordują, lekceważą, ignorują, lżą, wyzywają, gwałcą, ośmieszają itp. Nade wszystko zaś „rozkoszują” się tym. Dlaczego więc badacze zwierząt nie obserwują tego u swych obiektów? Nikt z nich nie próbuje nawet postawić tego pytania, co zasadniczo pozwala na formułowanie tezy o fundamentalnym podobieństwie między naczelnymi i ludźmi. Nawet nie poddają tej kwestii dyskusji!

Spróbuję odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się dzieje. Być może przypuszczają, że mój katalog zachowań człowieka dotyczy tylko niektórych ludzi, że nie wszyscy prezentują takie zachowania. Nie wyjaśnia to wszelako, dlaczego nie dyskutują tej kwestii (śmiem sądzić, że dlatego, że mój katalog radykalnie kwestionuje prawdziwość ich tezy o liniowym charakterze podobieństwa naczelnych do ludzi). Istnieje powód do pomijania tej kwestii, powód o charakterze istotowym. Jeżeli wszyscy ludzie prezentują zachowania z mojej listy, to dotyczy też prymatologów.

Zadajmy teraz pytanie, co różni mnie, ciebie, od sąsiada/ki? Na poziomie symbolicznym imiona własne (imię, nazwisko, pokrewieństwo, herb, tytuły itd.), ale jest też coś ważniejszego. To coś, z poziomu wyobrażeniowości, ujęte jest w tych słowach: co jak co, owszem kłamię, źle myślę o nim, gdybym mógł zabiłbym wszystkich homoseksualistów, nienawidzę Żydów, ale to ja zasługuję na zbawienie, a nie sąsiad (przecież bije swą żonę i dzieci i awanturuje się). Ja jestem lepszy niż inny (mały inny, zwyczajny, inny człowiek). Wcale  nie muszę być najlepszy, wystarczy lepszy – oto sedno narcyzmu, a równocześnie centrum agresji i destrukcji, miejsce nazywane moim Ja, Ja, przede wszystkim Ja.

To moje Ja widoczne jest najbardziej u znawców naczelnych. W przytoczonych słowach Goodall nie ma niczego szympansiego, co by nie było też ludzkie. Dlatego powstaje dylemat, co w rzeczywistości jest obiektem interpretacji – szympans czy człowiek? A jeśli człowiek, to jako kto? Odnosi się wrażenie, że to byt określony językiem, nazywaniem. Szympans przytyka swoje wypięte wargi do równie wypiętych warg szympansicy, aha, całuję ją, całują się, czyli, i tu pojawia się zachwyt, oni się kochają! Można ręce załamać. Czy jeśli ludzie tak robią, to świadectwo kochania, miłości? A gdzie miejsce na judaszowe pocałunki?

Problem w tym, że słowo „miłość”, „kochanie’, „wstręt”, nie ma swego obiektu na zewnątrz. Człowiek kocha się lub cię. Skąd pewność, że to się i cię dotyczy też szympansów? Tu wyłania się różnica między językiem, a mową. Co prawda można mówić „kocham wszystkie dzieci, zwierzęta, ludzi, cały świat, życie”, ale to oczywisty wyraz egzaltacji, a nie miłości („kocham ten sport” krzyknął sprawozdawca).

Czy zachowanie szympansów nazwane miłością, a nie perfidią, egzaltacją, lubieniem itd., jest nią? Ja nie wiem, a nie wiem, bo szympans nie mówi, ani do mnie, ani do innych szympansów. Skąd to wiem? Bo nie istnieje mowa niewerbalna, a język owszem. Warunkiem takiego komunikowania się, jest jednoznaczność przekazu, a więc kod. Zetknięcie się warg znaczy miłość, jak w sennikach obrazy senne (jeśli śnisz dupę, to oznacza tyłek, lub „czeka ciebie podróż”, w żadnym razie koleżankę z pracy, tę a nie inną, bardzo konkretną koleżankę). Kiedy przystępujemy do mówienia, niczego  nie możemy powiedzieć jednoznacznie. To mówienie konfrontuje nas z nieświadomością, nie język.

Kiedy więc Goodall mówi o kochaniu, miłości u szympansów, to nie wiemy o czym mówi. W świecie ludzi miłość jest braterska, matczyna, ojcowska, czuła, namiętna, porywcza itd. Wszystko dlatego, że kod nie obejmuje wszystkiego. Widzimy to w słownikach. Pod hasłem miłość opisane jest wszystko, tylko nie miłość.

Pozostaje powiedzieć, że Goodall pragnęła widzieć w tym miłość. A pragnienie ma swój obiekt, lecz pragnienie nie jest miłością. Dlatego tak bardzo chcemy, by miłości towarzyszyło pragnienie. Najlepiej wiedzą o tym kobiety.

cdn.

KP

P.S. Czeka was dłuższe czekanie, bo idę do szpitala na operację, a potem rekonwalescencję. Zakładam, że do formy wrócę w przeciągu miesiąca, ale pragnę by szybciej.



Nie język jest wszystkim lecz mowa, cz.I


W TP z 18.IX. ukazał się wywiad Małgorzaty Bilskiej z Moniką Szczepanik, opisywanej jako pedagog i trener komunikacji opartej na metodzie Porozumienie bez Przemocy. Jak się zdaje, członkowie tego gremium sądzą,  a raczej wierzą, że można używać języka bez udziału przemocy. Po czym, nie wnikając w samo pojęcie przemocy, tak jakby samo to pojęcie było oczywistą oczywistością, koncentrują się na porozumieniu – kogo z kim nie wiadomo, kolejna rzecz pozostawiona oczywistości. Tymczasem to nie Porozumienie jest kwestią, ale przemoc. No bo co, jeśli Przemoc jest konieczna (należy do kategorii konieczności)?

Lecz pan Rosenberg przemyca ideę, że Przemoc jest w naturze i życiu ewentualnością. I to pomimo całej wiedzy zoologicznej i etologicznej! W naturze rządzi Przemoc, a Porozumienie (np. zgodne istnienie niedźwiedzia polarnego i psa) jest tylko ewentualnością. Dla ojca tego ruchu i metody Porozumienie jest koniecznością, a Przemoc ewentualnością. Taka konstrukcja odpowiada konceptom religijnym, np. życie jest koniecznością, a śmierć ewentualnością – stąd zwycięstwo nad śmiercią.

Ale nie to chcę poruszyć. To tylko dygresja a propos komentarzy, gdzie unika się przemyślenia kwestii przemocy i wyciąga się pochopne wnioski, że skoro uznaje się (ja uznaję, bo szanuję naukę) konieczność przemocy, to jestem zwolennikiem jej stosowania (w taki sposób jestem hejtowany). Po to jestem tym, kim jestem, by ewentualność zwyciężała nad koniecznością, a nie zwyciężyła ją (to zostawiam Bogom, co czyni ich bytami koniecznymi, niekoniecznie istniejącymi – takimi samymi bytami są św. Mikołaj, krasnoludki, elfy, demony itd.; są one pragnione, a w psychoanalizie pragnienie jest constans, nie do zniszczenia. Przemyślcie np. to, dlaczego dzieci świetnie wiedzą, że św.Mikołaj nie istnieje, to ściema, ale pragną go?)

Rosenberg, chyba tak, na pytanie o funkcje języka, odpowiada ustami pani Moniki jak następuje: język służy do komunikowania i nawiązywania relacji. Trudno się z tym nie zgodzić, ale czy to wszystko? Podanie tego w sposób koniunktywny tak to ujmuje. Lecz co zrobić, gdyby istniały inne funkcje, pominięte lub niewiedziane? Problem w tym, że jeśli takowe istnieją, to wśród nich mogą istnieć takie, które są o wiele ważniejsze niż wymienione. Sposób powiedzenia tego daje znak, że tylko te wymienione istnieją. I tu pojawia się ignorancja, udawanie wiedzy. Przy czym zakładam, że pani Monika mówi ustami swego guru, a nie swoimi, czyli wierzy Rosenbergowi, ale sam guru okazuje się wtedy być ignorantem, albowiem nie wie lub pomija istnienie trzeciej funkcji, zdecydowanie najważniejszej. To pozwala mu sformułować sąd, że język jest używany jako środek przemocy. To jest jedno z możliwych ujęć. Alternatywne mówi, że język jest przemocą (np. narzuca człowiekowi sposób widzenia świata; co zilustrowałem w komentarzu na przykładzie Wielkiego Wybuchu i mojego Niesłychanego Rozbłysku; gdyby przyjęło się moje, to Wszechświat byłby zdecydowanie mniej agresywny, niż ten zrodzony z Wybuchu, może byłby bardziej pociągający?). Dla czytających i przemyśliwujących to co staram się wyeksplikować, a nie tylko czytających, klapsiątko prawie nie boli, a zasadniczo sprawia przyjemność, w porównaniu do klapsa, który i boli i daje przyjemność (podobnie do łaskotania). Dla wiedzących dodam, że wagę klapsa poznaje się w erotyce – gdy jego brakuje, życie seksualne staje się ubogie.

Jeśli, jak twierdzi jeden z komentatorów, klapsiątko nie istnieje, to świat, jak i Wszechświat, zostaje pozbawiony przyjemności, a bycie w nim ograbione jest z satysfakcji.

I tu otwieramy pole dla następnego wpisu. Język narzuca nie tylko obraz świata, ale także jego ładunek energetyczny, libido, coś przyjemnego i satysfakcjonującego. Ale przestaje być wtedy tylko językiem. Klapsiątko nie istnieje w Słowniku Języka Polskiego. Ja go użyłem czyniąc z języka mowę. Zgoda, uczynił to Histeryk (dostarczając mu satysfakcji – żyć bez pieprzu, tudzież herbatki nie warto). Tyle że inny typ, Obsesjonat, odbiera mu, niszcząc całkowicie satysfakcję, wprowadzając weń np. Obowiązek. Jeden ma swoje sposoby, drugi zaś swoje. Ale tylko drugi uważa, że jest ważniejszy od pierwszego.

Zignorowana i ignorowana funkcja języka w formie mowy będzie tematem drugiej części.

Czekajcie zatem.

KP



Znaczący jest po to, by była podmiotowość


Tym razem miało być o biografii Agnieszki Osieckiej, w której uderza skrajna infantylizacja współczesnej mowy/nie-mowy psychologicznej, w zgodzie z zasadą, że zidiocenie jest składową wyposażenia człowieka, a przez to równania w dół. Powstają zatem książki bez refleksji i bez interpretacji. Powrócę do tego zagadnienia.

Dziś, ze względu na aktualną wagę, zajmę się skandalem bez skandalu. Oto jakiś profesor prawi swoje głodne kawałki o pożytkach ze stosowania klapsów w wychowywaniu dzieci. Na co odzywa się oczywiście chór oburzonych (też ignorantów), którzy są zdeklarowanymi przeciwnikami używania przemocy wobec dzieci. Powiedzmy sobie twardo, i jedni i drudzy są ignorantami. Starają się dyskutować nie o klapsach, mancie, laniu, biciu itd., ale o przemocy. Traktują przy tym termin przemoc jednoznacznie, jak przysłowiowego konia księdza Chmielowskiego. Nasz profesor, jak każdy sądzący podobnie jak on, powiela mit oświeceniowy o konieczności i możliwości wychowania dziecka, co zakłada istnienie ideału, bez bliższej jego konkretyzacji. Środkiem do tego miałby być system nagród i kar. Nasz profesor nie ukrywa, że był obdarzany sowicie klapsami, a mimo to wyrósł na „porządnego człowieka”. Ten „porządny człowiek” zaleca klapsy jako skuteczny środek realizowania ideału „porządności”. I jak 100% ignorant „wie”, że on, jak i każdy inny, czym różni się klaps od ciosu, a także, że porządny człowiek „wie” gdzie leży granica pomiędzy klapsem a przylaniem, oraz że porządny człowiek kontroluję dłoń, wyposażając ją w adekwatną miarę siły. Drwię? Tak! To przecież typowy przykład mitu neurotyka obsesyjnego – jestem panem siebie samego wraz z każdym członkiem swego ciała. Nie krzywdzę, bo używam tylko adekwatnej siły. Każdy zwolennik takiej tezy jest „porządnie wychowany”, bo „porządnie wychowanemu” można to zrobić. Przy okazji w swych elukubracjach  zrównuje klapsa ze spoliczkowaniem, przyznając tym samym, że był prany po pysku przez, a jakże, „porządnego ojca lub matkę”. Robi to tylko po to, by „wierzyć”, że miał porządną rodzinę.

Ale zwolennicy nie stosowania przemocy wobec dzieci, mają swoje „trupy w szafie”. Dla nich koń o trzech nogach (biedaczek po wypadku), nie jest już koniem, podobnie jak pan profesor Stawrowski człowiekiem. Czyżby zasługiwał na resocjalizację? Wyperswadujmy mu to, nakażmy mu poddać się temu. Za nami stoi nasz ideał, idealniejszy niż jego; jego jest ciemny i zacofany, demode; nasz jest prawdziwie idealny i wraz z nim doszliśmy do kresu idealności. Rewolucja osiągnęła swój finał. Nagrodami i perswazją wychowujemy idealne dzieci. I wciska się to pomimo tego, że każdy rodzic wie, że nagrodami stworzy się dziecko rozpieszczone i narcystyczne, a perswadowaniem dziecko przekorne, sabotujące, ignorujące i po prostu nieposłuszne. Okłamywanie siebie i nas, że można stosować nagrody bez kar, a perswazje bez przemocy, świadczą o zakresie ich ignorancji. (Perswazja, aby była skuteczna, musi pochodzić z miejsca autorytetu, ale miejsce to jest nieustannie kwestionowane przez nieposłuszeństwo dziecka, które w nosie ma autorytety lub chce  samo dla siebie lub innych być autorytetem. Co robi kwestionowany autorytet? Chyba wiecie, możecie to sobie przypomnieć). Rodzic więc, który chce uniknąć przemocy w starciu z kwestionowaniem swego autorytetu, jest współcześnie zmuszany do odwołania się do „nadrzędnego autorytetu”. Mieszczą się one w spectrum od policji po psychiatrię, od pedagogów, psychologów, po kaznodziejów, a nawet egzorcystów. Faryzeizm tych ludzi jest aż nadto widoczny. Wiara w to, że psychoterapia dla trudnych dzieci, traktowanie ich przy pomocy leków, szkół profilowanych i ośrodków zamkniętych, nie ma nic wspólnego z przemocą, nie jest nawet naiwnością. To zwyczajne zakłamanie.

Przemoc w wychowywaniu dzieci, jeśli nie zaczyna się wcześniej, to na pewno zaczyna się w okresie zwanym treningiem czystości. Mamy tu do czynienia z pierwszym celem wychowawczym, czyli „masz kontrolować swoje zwieracze”. A co mamy w odpowiedzi? Upór, przekorę. Nie jako paskudną cechę charakteru, ale pierwsze objawienie się podmiotu z wykorzystaniem znaczącego „Ja”. „A czy ktoś spyta się mnie o zdanie, czy tego chcę?”, „ale ja tego nie chcę”, „po co miałbym to robić?”, „o tym czy to zrobię, decyduję ja”, „w swoich sprawach decyduję o sobie sam”, „no, co mi zrobisz, gdy tego nie zrobię?”. Mały człowiek staje się „mi, mnie, sobie, się”. A jednak nie może mieć szczególnych praw, bo są one dla wszystkich. W tym to okresie mały byt musi (czy to nie przymus?) zacząć się liczyć z obecnością Innego wraz z jego domaganiem. Jeśli je ignoruje, musi ponosić konsekwencje -chyba rozumiecie jakie?

No dobrze, ale jakie stanowisko zająć w sprawie klapsów, a nawet tarmoszenia (nie targania) za uszy?

Pewnie każdy pamięta lanie czy manto od swych rodziców. Ale kto pamięta klapsy? No cóż, coś co jest skutecznie wyparte, nie jest groźne.

KP



Podmiotowość bez podmiotu – o człowieku bez-dusznym


Choroba, której ciężaru nie da się już z siebie do końca zrzucić, ale także fakt, że rusza za tydzień Szkoła Formowania się Psychoanalityka przy Sinthome, wpłynęła na to, by wpisom na blogu przydać nieco lżejszej wagi i powiązać z aktualnym biegiem spraw w świecie i tym kraju. Świadomie porzucam użycie imienia własnego tego kraju, które teraz każą wiązać z sacrum, bez zastanawiania się zresztą co to słowo oznacza. Stąd wolę mówić o nim „czyli nigdzie”, niźli pójść na Smoleńsk, by Czylinigdziem się stać. Albowiem jestem czymś więcej niż Polakiem.

Mój zamysł jest możliwy, bo hermetyczny język lacanowski będzie przedmiotem zajęć SFP (patrz wyżej). Ja zajmę się tym, co lubię najbardziej – tropieniem absurdów współczesności, ich psychoanalizowaniem. Jest ich mnóstwo. Zacznę od publicznego karmienia piersią (w kolejce czekają moje myśli na temat książki o Agnieszce Osieckiej; mowa o „Zdradziecka Agnieszka Osiecka” Piotra Derlatki).

Zdarzyło się ostatnio, że pewna mama oskarżyła, za mało jej było klientów restauracji, prawie ludzkość, a z pewnością obywateli Czylinigdzie, o przesądy, wstecznictwo, nienowoczesność i fobię powiązaną z karmieniem piersią. O co jej chodziło? To oczywiste, że o rzekome ograniczenie wolności mam, bo przecież nie niemowląt, którym wtedy daleko jeszcze do wiedzy o niej, a co zatem idzie, do pragnienia jej. Rodzi się pytanie, całkiem zasadne, czy chodzi o wolność, czyli coś w gruncie rzeczy niepojętego, a co należy do zespołu praw przysługującym ludziom (od jakże niedawna zresztą), czy też o pragnienie, które by się artykułowało musi być wolne, czyli na swej drodze musi spotykać zakazy. Bez zakazów nie da się pragnąć. Ich zniesienie anuluje pragnienie i na scenę wprowadza niepokojącą satysfakcję, niepokojącą, bo perwersyjną. Zakaz nie znika, lecz przybiera formę zakazu obejmującego innych, Innego. Na przykład, „gdy karmię dziecko piersią, ma być zakazane krytykowanie tego, a nawet okazywanie niezadowolenia, nie mówiąc o obrzydzeniu”.

Dobry psychoanalityk ma mówić po Ezopowemu i nie unikać profetyzmu. Przeto rzeknę: zdaje się, że ludzkość zmierza ku inflacji perwersyjności. Nie ku likwidacji zakazów, czego tak bardzo obawiał się Dostojewski, ale ku akumulacji tychże, do imperium zakazów i rządów prawników, bynajmniej nie Prawa. Rządów Sprawiedliwości, aczkolwiek nie Prawa. Nie tak znów daleko wspominanej przeze mnie matce do pewnego prezesa, który to obciąża barki innych zakazami, by osiągnąć Sprawiedliwość dla siebie.

Mało kto wie, że prawie stałem się, jakże dawno temu, działaczem Ruchu na Rzecz Naturalnego Karmienia i Rodzenia. Było to w 1982 w mieszkaniu głównej inspiratorki, pani Ewy N. Nie tu miejsce, by wyjaśniać dlaczego, i bynajmniej nie dlatego, że byłem bardzo nowoczesny, czy lewacki. Wystarczy powiedzieć, że wystarczyło mi być na założycielskim zebranku garstki entuzjastów, by zrezygnować. Nadmienię, że nadal pozostaję zwolennikiem naturalnego karmienia, i o ile to możliwe, naturalnego rodzenia. To znaczy, o ile naturalne jest naturalne. O ile nienaturalne nie jest naturalnym inaczej, o ile nienaturalne nie jest koniecznie normalne. Z tego punktu widzenia perwersyjne jest normalne, ale nie naturalne. Perwersje nie są cechą zwierząt, a jedynie ludzi.

Na tym zebranku pani Ewa miała niemowlę przy piersi. Spało. Nagle zabrakło światła, po czym równie nagle zaświeciło. Niemowlę rozbeczało się gwałtownie, a jego mamusia, a jakże, przy jego akompaniamencie, stwierdziła, że dzidziuś chce jeść, wyłuskała z objęć biustonosza całkiem pokaźną wypełnieniem pierś, przerwała zabranie i zaczęła dzidziusia karmić. Co w tym dziwnego, zapytacie?

Otóż, po pierwsze, niemowlę zostało rozbudzone rozbłyskiem i zapewne było wystraszone. Gdzie tu miejsce na bycie głodnym? Jest ono tylko w głowie mamusi. W relacji między niemowlęciem a matką nie ma niczego naturalnego, zgodnego z jakąkolwiek naturą. Zachowanie niemowlęcia jest tylko interpretacją mamy. Język jako twór symboliczny (niosący znaczenie, a nie tylko informację), jest tworem obcym w naturze. Gdyby był to twór informacyjny, wszyscy wtedy obecni zrozumieliby to tak samo. Nie potrzebne byłoby im wyjaśnienie mamy, że dziecko jest głodne. W ten sposób język ludzki jest tworem nacisku, by nie powiedzieć przemocy. Jest używany performatywnie, by inni rozumieli tak samo i zakazane im było rozumieć to inaczej. „Matka wie lepiej” głosi mit, i macie w to wierzyć.

Przykład szeroko dyskutowany w prasie i internecie, karmienie niemowlęcia w restauracji, unaocznia to jeszcze bardziej. O danej godzinie ma mama z niemowlęciem być w restauracji. Co to oznacza? Otóż to, że restauracja i niemowlę nie są poślubioną parą, są niedopasowani. Wszyscy wokół to wiedzą, tylko mama nie. Założenie, że mama jest głupia byłoby nie na miejscu, więc pozostaje założenie, że dla mamy są one dopasowane – dokładnie w taki sam sposób, w jakim zielone skarpetki na nogach są dopasowane do seksu z kimkolwiek. (Perwert zawsze przekonuje partnera, że są one konieczne, by był seks). Czemu mama nie nakarmiła dziecka przed wyjściem do restauracji? Znacie już odpowiedź. Odpowiedź anuluje obecność Innego. Jest on tolerowany tylko pod warunkiem zaprzeczenia swej inności, zakazu jej posiadania. Tymczasem nakarmienie niemowlęcia przed wyjściem do restauracji jest tym samym, co nakarmienie go tuż przed własnym ślubem (pomijając to, że z pewnością mama zleciłaby komuś innemu trzymanie go w ramionach).

Wolność jest raczej aktem niż prawem. Na tyle aktem, na ile karmienie piersią w restauracji nie zmusza kogokolwiek, o ile jest Innym, do nie wygłaszania opinii własnej na ten temat, zwłaszcza gdy jest krytyczna. Zważmy, że niemowlę na opinii krytycznej nie cierpi i nie czyni go ona głodnym. A bycie podmiotem niesie za sobą określone konsekwencje. Podstawową z nich jest zdanie się na osąd Innego. A od osądu cierpi tylko własny narcyzm. A przecież chodzi o to, by dziecko było nakarmione, a nie by jego mama pawiła swój narcyzm.

KP

P.S. Chciałbym podziękować wszystkim, którzy dodawali mi otuchy w chorobie-nie-chorobie. Szczególnie dziękuję Pani Dorocie za tęsknotę za blogiem.

 



choroba, ach choroba


Będzie krótko, bo to nie wpis. Choruję i to na tyle nieprzyjemnie, że pisać wpisy, co zawsze wymaga dużego skupienia, jest trudne. Wpisy nowe będą musiały trochę jeszcze poczekać, bo służbie zdrowia nie śpieszy się z leczeniem mnie.

Proszę więc o cierpliwość i liczenie na przychylność losu, czyli spokój przy pisaniu.

Autor



„nie powiem prawdy o prawdzie”


Teraz, gdy Szkoła Formowania się Psychoanalityka, jest bliska realizacji, rośnie konieczność dotarcia do tych wszystkich, którym wydaje się, że wiedzą o czym jest psychoanaliza, czym się zajmuje i co się w niej dzieje. Ci którzy tego nie wiedzą są w lepszej sytuacji. Tylko kto do tego się przyzna, że nie wie? Kto dzisiaj nie wie? Nie wie, bo nie wie – nie nie wie, więc zaraz sprawdzi w internecie. Nie masz wiedzy, kliknij a będziesz ją miał. Brak jest chwilowy, a nie strukturalny. Co z tego, że powiem, że psychoanaliza obraca się wokół braku?

Bywali, a pewno i bywają tacy, którzy wiedzą. Że psychoanaliza jest formą psychoterapii, że jest metodą leczenia, że jest teorią ludzkiej psychiki, niekiedy teorią osobowości. Że psychoanalityk interpretuje to, co mówi się do niego, to znaczy objaśnia, że zajmuje się uświadamianiem tego, co znajduje się poza progiem świadomości. Że oddziałuje poprzez relację symetryczną, że to czego analizant nie wie, zostanie uzupełnione wiedzą analityka, że to co przeżyte i przeżywane, zostanie nazwane, że to co słabe zostanie wzmocnione, to co niedojrzałe dojrzeje, co dziecięce dorośnie. No i święty Graal na końcu – to co nieopanowane, zostanie opanowane.

Pozostają w rezerwie scjentyści, czciciele weryfikacji naukowej, jedyni współcześnie dysponenci prawdy. Czy zrozumieli poprzedni wpis na blogu? Zapewne nie i wtedy zadadzą pytanie z poziomu tych fundamentalnych – ale skąd wiadomo, że to jest prawda? Jaka jest prawda, z którą pracujesz, i na której osadzasz swój status – czyli jaka jest prawda twego, analityku, dyskursu?

„Jestem psychoanalitykiem”, a więc wszystko co wiedzą opisani wcześniej, nie ma zastosowania w tym przypadku. Nie leczę, ale też nie tworzę teorii. Nie interpretuję, bo interpretuje analizant. Nie uświadamiam, bo nie interesuję się świadomością. Tylko słucham, nawet jeżeli mówię; słucham, nawet jeśli nie rozumiem, przede wszystkim gdy nie rozumiem. Gdy rozumiem, błądzę, a gdy rozmawiam zwodzę.

„i jako taki muszę ciebie rozczarowywać”, bo nie jesteśmy podobni do siebie, bo dzieli nas to najmniejsze coś, co moje i twoje Ja (wolimy to nazywać podmiotem, by nie dzielić Ja w nieskończoność na autentyczne i fałszywe); nie słucham się ciebie, nawet gdybyś błagał; nie odwzajemniam, nawet jeśli na to liczysz, nie czuję tego, co byś chciał bym czuł; milczę, gdy najbardziej oczekujesz odpowiedzi i mówię, gdy sobie tego nie życzysz.

„nie powiem prawdy o prawdzie”, albowiem istnieje prawda braku, ale nie prawda o braku; a co gorsza istnieje brak w prawdzie, ale nie brak prawdy. Istnieją pytania, na które odpowiedzi są nie w smak, niosąc w sobie kolejny brak. Prawda musiałaby być brakiem braku, czego człowiek by nie zdzierżył; chociażby dlatego, że on sam nie byłby brakiem (kto wtedy by go kochał, kto tęsknił do niego, kto by go potrzebował, kto pragnął, a kto o nim myślał?).

„mogę cię wziąć w daleką podróż”, bo jej pragniesz, a pragniesz bo ci jej brakuje, a brakuje, albowiem sam jesteś brakiem, brakiem tego, kto cię zrodził i zostawił, obiecywał i rozczarował, natchnął i wyśmiał, zainspirował i zignorował, rozkochał i okłamał. To podróż gdzieś, bez szans na powrót na stare śmieci. Podróż, granicą dla której jest sama śmierć. To podróż, która jest życiem, nie podróż przez życie.

„dotyczącą tego kim jesteś”, bo sam na początku nie wiesz, że zadajesz sobie to pytanie; żyjesz nie podróżując, tylko przeżywając swój obraz ciągle na nowo; nie znasz trajektorii swego bycia, bo nie sądzisz, jak miałbyś sądzić, że ciało, które ciebie zrodziło, było ci pokarmem, a ty byłeś jego pasożytem. Czy jesteś nim tylko? Kto zagwarantuje, że nie tylko? Ten, z którego ciała się nie zrodziłeś, który może być tylko aktem wiary, bo nic nie gwarantuje, że Ten jest.

„bez zagwarantowania prawdy tego co ci mówię”, bo poza twymi słowami nie ma niczego, co uczyniłoby z niej Dobro Najwyższe; wystarczy, że nie możesz przestać mówić, że słowo rodzi słowo, które rodzi słowo, które rodzi słowo. Tak rusza się w podróż, licząc że istnieje ostatnie słowo, te które wybawi ciebie z tej podróży, że dopełnisz się w Tym.

„tym niemniej, w tym co ci mówię, wciąż jest coś z prawdy”.

KP

P.S. Gdy scalicie ze sobą fragmenty napisane grubym drukiem, z góry tekstu ku jego dołowi, uzyskacie wypowiedź Lacana z IX seminarium o identyfikacji (lata 1961-62). Jeśli się wczytacie weń, może odczujecie to, dlaczego jest się psychoanalitykiem, a także dlaczego to nie dobro zarządza psychoanalizowaniem (bo dobro zawsze czyni z ludzi sługi, służbistów dobra i służki dobra), a prawda, czyli coś z niej.



Wokół braku bycia z brakiem w byciu


Pamiętam moment dyskusji wśród komentatorów i sarkazm skrywający bezradność jednego z nich, gdy użyłem sformułowania „brak bycia”, bo to ono ustanawia podmiot w relacji do jego istnienia, które jest, bo nie może być ujęte inaczej, eg-zystencją, lub jak wolicie zystowaniem. Chodzi w tym o to, że jest różnica między „istnieniem w”, a „istnieniem od”, tak jak In-tymnym a Ex-tymnym.

Weźmy na przykład kogoś, kto śni, że ssie członek zwierzęcia. Bez wątpienia jest to jego sen, ale czy może on nadać mu rangę „swojości”, o której to śpiewała w niezapomniany sposób Iga Cembrzyńska słowami „a ja mam swój intymny mały świat”. Intymny świat niewątpliwie może być swój, ale czy w tym świecie jest miejsce dla ssania zwierzęcego penisa?

„Ludzie mają dziwne marzenia”, tak zaczyna się wspomniana piosenka. Należy się z tym zgodzić, ale czy marzenie o ssaniu owego penisa nie jest oby „niepokojąco-fascynujące” w swej dziwności? Jest to „moje marzenie”, ale czy swoje? Status takiego marzenia, zarówno sennego, jak i wyobrażonego, jest dziwny. Jest moje, ale nie swoje. „Czuję się dziwnie nieswojo, gdy opowiadam ten sen/mówię o tej fantazji”. Czym jest owo nieswoje?

W tym miejscu uczynię dygresję dla rozjaśnienia i wyjaśnienia pewnego terminu, tutaj nieodzownego. Gdy pytamy kogoś o jego fantazje, np. „opowiedz mi o swych fantazjach”, to kierujemy się do czegoś innego, niż pytając „opowiedz mi o fantazjach, które gdy je masz, sprawiają, że czujesz się nieswojo”. Dostrzeżemy łatwo, że zadając pierwsze pytanie kierujemy się do fantazji, które są wyobrażane przez pytanego, a zadając drugie pytanie do fantazji, które nie są wyobrażane przez pytanego, ale są posiadane przez niego – są jego, ale mu się przydarzają, a nie są przywoływane, jak w pierwszym przypadku. Zauważymy także, że te drugie są okrojone, zredukowane w ich rzeczywistości do zdania („ssę zwierzęcego penisa”), a i to zdania prostego, wyglądającego na tytuł jakiejś narracji. I tak, nie wiadome jest do jakiego zwierzęcia należy penis, ani też nie wiadomo, czy to ssący wziął tego penisa do ust, czy też ów penis został mu do ust włożony. Czyli funkcją tytułu jest odesłanie do narracji, o której nic nie wiadomo (bo jest w nieświadomości). Zdanie jest bez treści, bo ona jest gdzie indziej. Tym jest różnica między fantazją a fantazmatem (lub jak wolicie fantazmem). Podmiot w stosunku do fantazmatu jest „od niego”, od tego „niego”, czyli jego, który lokuje się tam, gdzie fantazmat, a dokładnie gdzie „nie-do-powiedzenia”, choć „wypowiadalne” się znajduje.

Nie sceptycy lecz naiwniacy spytają w tym miejscu, dlaczego to „ssanie zwierzęcego penisa” miałoby być ważne, a nie czymś bez znaczenia? Przecież mogą to być śmieci (tak twierdzą na przykład badacze biologii mózgu, gdy próbują odpowiedzieć na zagadkę funkcji snów). Odpowiemy w tym miejscu prosto. Ależ są to śmieci i dlatego mają tak wielką wagę! Bowiem wagę, znaczenie tego nadaje sam marzący czy śniący („muszę panu opowiedzieć sen”, a nawet „muszę panu opowiedzieć sen mojej żony”, a nawet nawet „muszę panu opowiedzieć sen teściowej mojego syna, który opowiedziała kiedyś swej córce, a ta memu synowi”). Czy potraficie wyjaśnić, co takiego znajduje się w śnie, że musi być on opowiedziany, a nawet funkcjonuje on jak saga, która opowiadana jest z pokolenia na pokolenie? Otóż badacze mózgu, który śni, popełniają błąd, którego uniknął Freud – nie zajmują się swoimi snami, czy też śmieciami. Tymczasem ta eg-zystująca rzeczywistość jest „niepokojąco-pociągająca” (po freudowsku to „unheimliche”). Bo jak zrozumiecie słowa: „boję się, że pan pomyśli, że jestem zoofilem” gdy uwzględni się kontekst (jeśli nie chcesz się bać, bym tak pomyślał, to po co opowiadasz mi ten sen?), albo: „myśli pan, że moja teściowa może być zoofilką?”, gdy weźmie się pod uwagę (czemu obchodzi cię tak bardzo seksualność teściowej, a nie seksualność twej żony?)?

Wnikliwie zainteresowani zauważą prawie natychmiast, że w obu przypadkach chodzi tylko o zainteresowanie podmiotu, zafascynowanego i zaniepokojonego równocześnie, czym wszelako? Cóż, byciem, którego brakuje, brakującym byciem. Byciem, którego nie da się wykluczyć ani anulować, byciem, którego chociaż się nie pamięta, to ono przypomina o sobie, że kiedyś było, tylko zostało odesłane w niepamięć. Przy czym nie chodzi o to, że bycie takowe było takie, jakie sugeruje podmiot (zoofilne). To kreacja samego podmiotu, fantasmagoryjna kreacja, mająca za zadanie wypełnić nią brak bycia, jak łata dziurę, a korek otwór. Chodzi o to, że jakieś bycie było i że jego brakuje.

Przekonamy się, że nie jest to bycie zwane życiem płodowym, ulubiony motyw rajskiej idylli i powrotu do łona. Nie jest to bycie utracone nieuchronnością przyjścia na ten świat. Jest ono utracone zupełnie inaczej, a co ważniejsze -chce być tracone.

Pytanie podstawowe, te z tych fundamentalnych brzmi bowiem nie czego, ja podmiot, pragnę, ale czemu, ja podmiot, pragnę.

Czemu pragnę, skoro jedyne czym się zadowalam to fantasmagoria?

KP

P.S. Przykład opisany w tekście jest prawdziwy. To napisane jest z uwagi na tych, którzy starają się uzasadnić, że w pewnych przypadkach istnieje konieczność cenzury. Tymczasem nic nie uzasadnia istnienia cenzury, jak tylko granice samego języka.



Podmiot jest nosicielem upadku


Przepraszam  wszystkich za przeciągające się w czasie oczekiwanie na kolejny wpis. Bezlik obowiązków związanych z powoływaniem do istnienia szkoły (formowania się analityka, jak ją nazwano), nie pozwala na solidne zajęcie się treścią wpisu. Wpis ten pisany był fragmentami, które potem scalałem, mam nadzieję, że zgrabnie. Wspomniane powyżej obowiązki miały jednakże pozytywną stronę dla treści wpisu. Pozwoliły na powstanie, mam nadzieję, bardziej syntetycznego wpisu na temat podmiotu (z uwzględnieniem luki, którą kończyłem poprzedni wpis. Śladem tego jest sam tytuł, na pierwszy rzut oka brzmiący metafizycznie, ale o metafizyce nie traktujący).

Zapewne niektórzy czytelnicy mogą odnieść wrażenie, że kreuję tu na swój użytek jakąś filozofię, nie będąc aliści filozofem. Będą w błędzie tak sądząc. Ten wpis utkany jest w zasadniczej swej części ze słów Lacana. Słów mówionych do swych superwizantów, słów przekazanych mi po kilkunastu latach, gdy sam byłem superwizantem superwizantów Lacana.

„Nie można wysłuchiwać ludzi, nie tworząc przy tym jakiejś metapsychologii”, mawiał. Co zatem mawiał o podmiocie, będące równocześnie metapsychologią? (dosłownie po francusku to: jakie było jego „mówione” o podmiocie?)

„Człowiek pochodzi z luki”, i bynajmniej nie jest to twierdzenie metafizyczne. To twierdzenie nad wyraz konkretne. W ostatnim wpisie podawałem przykłady wskazujące na istnienie luki. Przeczytajcie raz jeszcze tamten wpis i z łatwością ją dostrzeżecie. „Dlaczego się tak kłócicie?” pyta się 8-letni syn rodziców. Ci rodzice są skłóceni z bardzo życiowego problemu (ani grama metafizyki w sobie nie mającego) – mąż cierpi na impotencję, co staje się powodem, wszyscy by powiedzieli frustracji, lacaniści powiedzą zaś prywacji, żony. W pierwszym odruchu rodzice zaprzeczają mówiąc „ależ my się nie kłócimy”, okazując tym, że są bardziej dziecięcy od swego dziecka. Reflektują się i zajmując wspólne stanowisko w końcu stwierdzają: „jesteśmy zdenerwowani, bo tata ma kłopoty w pracy”. Brzmi to głupiej niż „dzieci przynosi rodzicom w prezencie bocian”, bo to drugie przynajmniej stawia na wyobraźnię dziecka, albowiem to pierwsze przekonuje dziecko, że najzwyczajniej w świecie jest okłamywane. Mamy oto upadek rodziców, którego nosicielem jest dziecko. Upadek ten jest wszelako konieczny, to znaczy dotyczy wszystkich i zawsze.

„Warunkiem powstania podmiotu jest domaganie”, a to nic innego jak kierowanie się z pytaniem, prośbą, do nie byle jakiego kogoś . Kim jest ten nie byle jakiś ktoś? Prześledźmy teraz: „Czy ty mnie kochasz?”. Czy to jest pytanie o wiedzę, czy pytanie o prawdę? Co prostsi z ludzi nie widzą różnicy między wiedzą a prawdą, a nawet jej zaprzeczają. Lecz oto mamy odpowiedź: „Kocham Ciebie”. Ba, ale jest pewne, a nawet nieuchronne pytanie dalsze: „a czy kochasz mnie naprawdę?”. Na nic tu się zdaje stwierdzenie, biorące swój początek z irytacji: „nie zadawaj głupich pytań”. Pytający już wie, że prawda znajduje się gdzie indziej, a przekonuje go o tym irytacja właśnie.

„Podmiot znajduje się w luce między prawdą a wiedzą”. Każdy podmiot ma swoją prawdę i swoją wiedzę. A na dodatek ma swoją nie-wiedzę, nie wiedzianą wiedzę, czyli swe Nieświadome.

Powracamy więc do domagania kierowanego do nie byle kogo. Tym nie byle kim jest ten, o kim zakładamy, że wie, i to wie coś o prawdzie, powie prawdę, czytaj nie skłamie. Problem, że takiego kogoś, po lacanowsku nazywanego Innym [A], nie ma. Inny nie istnieje. Gdyby istniał nie mógłby nie okłamywać, albowiem okłamanie (mówienie półprawdami) jest pochodną domagania. (Jest prawdopodobne, dla mnie pewne, że ewangelie odrzucone z kanonu, zostały odrzucone z tego powodu; relacjonowana tam miłość między Magdą Magdaleną i Jezusem narażałaby Jezusa na pytania innych kobiet: „dlaczego to ją pragniesz, a mnie nie?”; odpowiada to pytaniom dzieci, np. ” dlaczego tata/mama mnie nie kocha?”, kierowane do odpowiednio mamy/taty, które prowadzą do nie mówienia prawdy, albo nawet do wprost kłamania: „ależ skąd, mama/tata ciebie kocha”.

Dzieje się tak dlatego, że „Inny może dać tylko inny obiekt, niż ten, którego domaga się podmiot”. Np. mama z tatą nie może powiedzieć, że tata „ma kłopoty w pracy pewnym organem”, ale mówi jednak, że „ma kłopoty w pracy”. „Pewny organ” został ocenzurowany. Dla tych, którzy mają dość „wulgarnej analizy”, pokażę to na „niewinnym”, aczkolwiek powszechnie znanym przykładzie. „Możesz pójść i kupić kilo jabłek?”. „Oczywiście, kochanie”. Kupujący wraca i słyszy: „musiałeś mi przynosić takie brzydkie jabłka, chciałam/em o gładkiej skórce, pójdziesz znowu?”. Kochający jest nie po to kochający, by odmówić pójścia jeszcze raz po jabłka, więc idzie. Gdy wraca słyszy: „ładne jabłka, ale takie jakieś nieświeże”. Pytanie komiczne brzmi: ile razy gotowy jest kochający chodzić po jabłka, zanim się wkurzy i zaprzestanie wychodzenia po nie? Jedno jest pewne. W końcu przestanie, zapewne lokując w swoich ustach coś w stylu: „chrzań się”. No i macie, oto upadek kochającego, którego nosicielem jest podmiot.

Czy zatem, a to się nasuwa, nie chce on jabłek? Ależ skąd, po prostu jabłek, których szuka nie ma i nigdy nie było.

„Alternatywą podmiotu nie jest podmiot jaki jest i podmiot cały (nie noszący upadku)”. „Alternatywą jest podmiot i Nic”. W takiej sytuacji „warunkiem istnienia podmiotu jest obiekt [przykładowe jabłka], który jest nie do odnalezienia; jeśli został utracony, to na zawsze”.

KP

P.S. Podane przykłady mają pełne odzwierciedlenie w życiu.

 



„Kim byłeś zanim stałeś się człowiekiem?”


Zdanie tytułowe pada w pewnym filmie i jak ulał pasuje do pogłębiania tematu podmiotu. Kończyłem ostatni wpis stwierdzeniem, że podmiot nie charakteryzuje się żadną substancjalnością, co nie przeszkadza mu być. Być, a nie istnieć. Że jest to możliwe przekonują pytania dzieci. Lecz by o tym się przekonać należy je mieć, lub traktować je na serio, nie infantylnie. 4-latek ogląda „siebie” na zdjęciu zrobionym podczas badania USG i pyta: „a jaki byłem wcześniej?”. Pytanie to nie dotyczy „jego” gdy był morulą czy blastulą. Zawsze był wcześniej, kumacie? Dorosły w swej naiwności sądzi, że odpowiedź „wcześniej ciebie nie było” załatwi sprawę. Nie zauważają, że ich odpowiedź dotyczy istnienia, a nie bycia. Mogliby na przykład odpowiedzieć „byłeś w naszych głowach”, ale „gdzie byłem wcześniej?”, dręczy dalej bachor. No gdzie był? Gdzie?

Czy teraz chwytacie dlaczego podmiot jest tylko podmiotem nieświadomości? Jedyna, non-sensowna akurat, odpowiedź, jedyna bezbłędna odpowiedź na takie pytanie brzmi: „nie wiem”. Pokazał to już Sokrates, więc po co dyskutować? Niemniej jednak istnieją upierdliwcy zarzucając jej fałszywość. Tymczasem jej bezbłędność bierze się z etyczności, a nie z naukowego res cogitans. Na pytanie dziecka: „mamo, ale ty nie umrzesz?” bezbłędną odpowiedzią jest „nie umrę”, błędną zaś „umrę”, albowiem dziecku chodzi w pytaniu nie o śmierć, tylko o bycie z mamą. Podobnie z pytaniem-żądaniem „obiecaj mi, że mnie nie zostawisz”, gdzie jedyną odpowiedzią jest „nie zostawię cię”. Podstawą dla takiej odpowiedzi nie jest „zostawanie”, ale „chcę z tobą być”. „A kiedy przestaniesz chcieć?” można zapytać. Szkopuł w tym, że „przestanę chcieć” nie ma przełożenia bezpośredniego na „zostawię cię”. Inaczej mówiąc „musiałbym chcieć cię zostawić, by nie być z tobą”. Te wszystkie barwy mowy, te wszystkie niuanse języka wskazują, że „nie wiem, co będzie”, że „nie chcę z tobą być” nie ma koniecznego związku z „zostawiam cię”. Tylko konwencjonalne typy ludzkie (jest ich większość) zdają się nie orientować, że „nie chcę z tobą być” mówi się, by akurat „z tobą być”. Gdy naprawdę „nie chcę z tobą być”, mówię „rozstańmy się”.

Wszystkie te przykłady wskazują jak trudno jest powiedzieć coś pozytywnego (w znaczeniu pozytywizmu) o podmiocie. Czy to jest ten sam podmiot gdy mówi „rozstańmy się”, by powiedzieć „odchodzę”, i mówi „nie chcę z tobą być”, by powiedzieć „bądźmy razem”? Czy istnieje coś takiego jak tożsamość podmiotu? Otóż nie, bo podmiot nie jest w „wypowiadanym” (w sensie wypowiadanym sądzie), ale „wypowiedzianym”; nie jest w „rozstańmy się”, jest w „odchodzę”. Podmiot jest przekreślony, można też powiedzieć podzielony, ale tylko w sensie takim, w jakim mówi się „politycy mieli podzielony poglądy”, albo „kwestia tego czy owego podzieliła posłów”. Nawet jeśli powiedziałby „odchodzę” ustanowiłby znak zapytania (mówi „odchodzę” zamiast odejść).

Oto inny przykład ilustrujący to, że podmiot nie jest tam, gdzie szukamy, tylko tam, gdzie go znajdujemy. Na pierwszym spotkaniu w gabinecie pojawił się młody człowiek. Był przestraszony. Kilka dni wcześniej był na uroczystej imprezie odbywającej się w luksusowym hotelu. Nieco za dużo wypił i poszedł spać. Lecz następnego dnia obudził się w innym pokoju, leżąc obok nieznajomego starszego mężczyzny. Wpadł w panikę, bo przeraziła go myśl, że miał z nim stosunek seksualny. Gdy to pomyślał, zaczął boleć go odbyt i jeszcze bardziej przerażony zaczął myśleć, że jest zarażony wirusem HIV. Lecz nie udał się do specjalisty tylko do psychoanalityka. Co wpędzało go w panikę? To dość oczywiste – co było wtedy, gdy on sam nie wiedział, co było wtedy? Brak bycia skutkował myślą, że miał homoseksualny seks. Wszystko dlatego, że nie potrafił wytrzymać stanu braku bycia, niewiedzy. Nie formułował pytania, ale udzielał sobie przerażającej odpowiedzi. Tylko dlaczego akurat takiej?

„Kim byłeś, zanim się stałeś człowiekiem?”, zamieńmy na „kim byłem, zanim się obudziłem, bo przecież nie tym, kim byłem, zanim poszedłem spać?”. To tu, w tym miejscu, miejscu wyrwanego rozdziału, lokuje się podmiot w całej niewiedzy tyczącej jego pragnienia. Gdy szedł spać był obsesyjnym kobieciarzem, ale gdy się obudził nie był kobieciarzem. Zatem kim był? Kim był gdy spał? Czyżby był…? Strach pomyśleć!

Tak, jest właśnie tak, jak niektórzy z Was pomyśleli. Podmiot jest podmiotem nieświadomości, jest przekreślony, podzielony nieświadomością. Co z tą luką począć?

To do następnego razu.

KP



Mieć Ja i być Ja


Dotarły ostatnio do mnie opinie o wielkich kłopotach z rozumieniem tego, o czym pisałem w ostatnich wpisach. Pisałem o popędzie śmierci, nie o śmierci, o popędzie śmierci. O konieczności wpisanej w życie – nikt z nas nie chce umrzeć, ale musi umrzeć. To już samo w sobie stanowi trudność. Pisałem już o tym całkiem niedawno, gdy wskazywałem na kłopot ewolucjonistów z koniecznością konieczności trwania życia. Taka jest natura? Ale czego? Życia, mówi się. Zatem życia, któremu ciągle coś grozi, a grozi ze strony, znowu, natury. Czym więc różni się natura życia od natury nie żyjącej?

Wszyscy ludzie składają się z nie swoich genów. Nikt z ludzi nie ma żadnego własnego genu, oryginalnie swego. A jednak wszyscy ludzie upierają się, że są jedyni w swoim rodzaju; że każdy z nas różni się od całej reszty z nas, od każdego z pozostałych. Czym przeto jest Ja, które nie chce i nie życzy sobie być podobnym do kogokolwiek innego? To Ja jest tylko jedno i w tym sensie równe jest całemu światu. Co prawda mogę zaraz w komentarzach przeczytać, że jest to wynik narcyzmu, ale wtedy takie wyjaśnienie przybiera postać: powodem Ja jest spolk. Czyli jako powód podaje się coś, czego natury nie rozumie się, a nawet nie potrzeba rozumieć. Tak właśnie postępuje T.Lis, wystawiający prezesowi PiS diagnozę psychologiczną, ma się rozumieć obiektywną i silną w porównaniu do „pisologii” uprawianej przez pisologów (Newsweek nr.11 2016). Durno i bzdurno nazywa narcystą prezesa jeden z pierwszych polskich Narcyzów! Ale czy musi on zadawać sobie pytanie, skąd bierze się narcyzm w człowieku, a nie ma go nawet u naczelnych?

Poruszone kwestie mają zasygnalizować, że między naturą żyjącą, a nieożywioną, istnieje minimalna różnica wystarczająca, by istniała niezgodność, brak homologii między tymi dwojgiem. Między człowiekiem a człowiekiem istnieje podobna minimalna różnica, podobny brak homologii, nawet wśród jednojajowych bliźniąt. Już widzę niektórych zafrasowanych komentatorów, próbujących uznawać istnienie minimalnej różnicy jako skutek linii papilarnych, a nie odwrotnie (tzn. sądu, że linie papilarne są znakiem istniejącej różnicy). Będą dalej argumentować, że płatki śniegu są jedyne w swoim rodzaju. Owszem, różnią się miedzy sobą, ale się nie odróżniają (choć są odróżniane). Inaczej mówiąc, nie mają ani grama narcyzmu.

W taki oto sposób, od tej strony, wkraczamy w domenę podmiotu ludzkiego (tylko w takiej mierze ludzkiego, w jakiej prymatolodzy przypisują podmiotowość naczelnym, traktując ją jako zlepek cech, agregację różnych elementów temperamentalnych; naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego mieliby nie używać terminu osobowość w stosunku do zwierząt). Takie ujęcie prowadzi do wniosku, że podmiotu nie można mylić z osobowością. Podmiot nie ma cech psychologicznych i jako taki nie może być przedmiotem psychologii. Nie będąc tejże przedmiotem, nie może też być przedmiotem nauki. Gdyby przyjąć, że psychoanaliza jest nauką (a nie jest), to byłaby to nauka o człowieku (istnieją nauki o człowieku, ale nie o jednym, tylko jako kategorii, np. człowiek korporacji, studenci, robotnicy, profesorowie itd.).

Minimalna różnica jest znakiem podmiotu zawsze zapisywanym w postaci pionowej kreski przecinającej dużą literę S. To symbol przekreślenia oddzielający podmiot od każdego innego podmiotu, od natury, od grupy (w tym od mas). Ta jedna kreska określa jedynkową postać (trait unaire) dla podmiotu, samość jego bycia; coś jak rys symbolizujący bycie, bycie kiedyś, a nie bycie teraz; bycie trwające, gdy bytu już nie ma (skalp symbolizujący podmiot przez odniesienie do czerepu skalpu pozbawionego; proste nacięcie na drzewie symbolizujące pierwszy pocałunek, pierwsze lub kolejne pierwsze sięgnięcie po seks, pierwszy stosunek seksualny – wszystko czynione po to, by dokonać inskrypcji bycia podmiotu: byłem, całowałem, dotykałem, miałem….).

Podmiot przekreślony jest przez dwie rzeczywistości. Po pierwsze język, albowiem jest on tworem języka. Tworem niezamierzonym, pomyłkowym, błędnym, aczkolwiek tworem. Ona: „seks, no wie pan, to jest taka fizyczna miłość między nami; analityk: między NAMI?!” Ona: nie chciałam tego powiedzieć. Analityk: powiedzieć, zgoda, niech tak będzie, skoro tak pani sądzi.

Czy podmiot jest tam, gdzie zwyczajne „nami” zostaje wypierane przez „nie chciałam tego powiedzieć”? Otóż nie! On tam ma być, bo tam go nie ma. Pamiętacie pasjonata nauki Marxa? Upierał się on, na sposób Kanta, że nie wszedłbym na most, gdybym nie wiedział, że zbudował go ktoś zaufany, czyli ekspert. Nie miał racji, chociaż nie udało mi się go o tym przekonać. Jego wniosek trzymał się na założeniu, że wiedza poprzedza istnienie każdego mostu. Tak nie jest. Przekonują o tym dzieci. Dostają zabawkę i pytają: a co jest w środku? Czy muszą mieć wiedzę, by to sprawdzić? Muszą mieć młoteczek (ten z rodzaju „srebrny młoteczek Maxwella”), którym rozbiją skorupę zabawki. To „brak” jest motorem budowania mostów; pierwszy budowniczy chciał się znaleźć po drugiej stronie rzeki („a co tam jest?”) i nie musiał znać inżynierii, by przystąpić ani do kombinowania, ani budowania. Wiedza o budowaniu mostów jest wtórna w stosunku do pragnienia znalezienia się po drugiej stronie czegoś. Wszystkie mosty, prywatne i publiczne, są efektem „chcenia”, w przestrzeni publicznej nazywanego zamówieniem. Ktoś, kto chciałby znaleźć się po drugiej stronie, ale z lęku, zahamowania czy symptomu, nie zdecydował się na ten czyn, jest więźniem swej nerwicy. A ten, kto w taki czy inny sposób tam się znajdzie, przekracza nerwicę. Istnienie drugiej strony wzywa „biedny podmiot” do tego, by się na niej znalazł. „Biedny” dlatego, że zahamowany, zalękniony, cierpiący. Druga strona nie obiecuje szczęścia, ino następną drugą stronę. Odpowiadając więc komentatorowi na godne Piłata pytanie: czymże jest szczęście?, rzekniemy – „szczęście składa się z nieszczęść, których uniknęliśmy”.

Zapamiętajmy, podmiot nie poprzedza języka, to język poprzedza podmiot. Odnosząc to do nieświadomości stwierdzimy, że to nie nieświadomość poprzedza język, ale język poprzedza nieświadomość. Czyli to język jest warunkiem istnienia nieświadomości, a nie na odwrót. I kontynuując, podmiot jest tworem języka i nie charakteryzuje go żadna substancjalność.

c.d.n.

KP

P.S. Wykorzystany przeze mnie przykład kliniczny pochodzi z paryskiego wystąpienia E.Marciniak, byłej członkini Sinthomu, zamieszczonego na nowej stronie sinthome.pl. Umieszczony jest w cudzysłowie. Dalszy ciąg jest moją inwencją mającą na celu zilustrowanie omawianego zagadnienia.

Wkrótce na nowej stronie sinthome.pl pojawią się zeskanowane dokumenty związane z moim pass w Paryżu.