Popęd cz.VII – koncept kulturowy i symboliczny [4]


Nieco retorycznie zacznę ten wpis. Dlaczego Freud oddziela popęd życia od popędu seksualnego (faktycznie zaś od popędów seksualnych, co już poruszałem)? Toż życie jawi się nam jako nierozłącznie związane z popędem seksualnym. Życie dla biologów jest faktycznie powielaniem, w najbardziej podstawowej formie, powielaniem genomu. A cały proces to umożliwiający zwie się rozmnażaniem. Myślenie, że seks podporządkowany jest rozmnażaniu, właściwe może być tylko ludziom mającym awersję do myślenia. Lecz ciężko uwierzyć jest, że na przykład biskupi polscy są półgłówkami. Od wieków sądzą owi kapłani, że seks jest podporządkowany rozmnażaniu, a ma być podporządkowany małżeństwu, a także ludzkiemu ego. Ale nie dlatego tak myślą, że są niekumaci, tylko dlatego, że obawiają się nie podporządkowania seksualności czemukolwiek. Myślą, że seksualność to chaotyczna, rozwichrzona siła popędowa, pozbawiona jakichkolwiek prawideł. Swe obawy rozciągają na każdy afekt, ponieważ zachowania afektywne to zachowania „bez głowy”, czyli acefaliczne. Rządzić zachowaniem ma głowa (cephalus) i już. Wydaje się, że taki sąd, a lepiej powiedzieć taka „wiara”, stoi za skrajnym mizoginizmem wszystkich religii wyznających „jedynobóstwo”. To szersze określenie niż monoteizm – jeden Bóg/Boga/Bóg. Można wierzyć w jednego Boga nie mając głowy (oczywiście chodzi o „nad sobą”). Seksualność dzieci i staruszków jest dla tak myślących groźna. Dlaczego? Ludzie chcą żyć, a na dodatek chcą żyć przyjemnie. Nie chcą żyć tylko po to, by się rozmnażać. Przyjemność, rozkosz, to coś dla nich niepojętnego i niepotrzebnego. To okropne jak wiele obowiązków jest zaniechanych, gdy istnieje rozkosz. Od ilu spraw odciąga ona człowieka? Zgroza prawdziwa, a tfu!

O co więc chodzi z tą seksualnością? Dlaczego gorszy po dziś dzień tylu „cnotliwych”? W zasadniczej części bierze się to z chęci niepamiętania, że było się dzieckiem, i to seksualnym dzieckiem. Dlatego przyjrzymy się skąd bierze się ta radosna seksualność dziecka – radosna tylko do czasu.

Mama raptownie wkracza do pokoju dziecka, podczas gdy kilkulatek w „podejrzany” sposób manipuluje przy swoim ptaszku i mówi w niezbyt życzliwym tonie „grzeczny chłopczyk tego nie robi”.  Co mówi to zdanie? Że chłopczyk jest niegrzeczny, bo robi jakieś to. Czym jest owe To? Lecz zacznijmy od „grzecznego chłopczyka”. Każdy z nas jest przesiąknięty słowami, znaczącymi jesteśmy przesiąknięci, jak i przejęci. Jako dzieci chcemy być „grzecznymi” dla mam. Co prawda po omacku dowiadujemy się jak być grzecznymi dla swej mamy, ale w końcu się dowiadujemy. Nasiąknęliśmy znaczącymi. Lecz druga część wypowiedzi, „tego nie robi”, jest szczególna. Szczególna przez swą enigmatyczność, niejasność, zagadkowość – czym jest „tego„? Taki znaczący pozostaje na powierzchni, nie wsiąka i to on odpowiada za seksualizację. A gdyby nowocześnie wykształcona mama powiedziała „czy musisz się onanizować?” To nadal byłby to znaczący enigmatyczny, tyle że przybrałby formę „onanizować„. Powiedzmy, że bardzo mądre dziecię spytałoby nowoczesną mamę: „a co to takiego?”. Mama, w tym wypadku już hipernowoczesna, starając się być mamą najnowocześniejszą, odpowiedziałaby przykładowo „jest to coś bardzo przyjemnego”. Fajne nie, tylko dlaczego coś tak przyjemnego miałbym sobie odmawiać, pomyśli dziecko. Jeśli jest genialne zabije ćwieka mamie/tacie mówiąc „ale ja chcę robić sobie przyjemnie”. „A je nie chcę tego oglądać ani o tym wiedzieć” brzmi kolejna odpowiedź rodzica, któremu do określenia „nowoczesny” niektórzy z wielką chęcią przydaliby miano „liberalnego”.

Wszystko co seksualne jest dyskursywne. Dlatego popęd jest konstruktem kulturowym Seksualność próbuje usymbolizować coś, co nie daje się wyrazić, a zatem pozostawiają rozmówcę z poczuciem braku. Tego braku nie uzupełni żadna wiedza, nawet ta, której używają zwolennicy edukacji seksualnej mówiąc o niej jako wiedzy naukowej. Takowa istnieje, ale jest pusta. Upada gdy dziecko pyta najprościej: „dlaczego mama i tata to robią?”. Znacie odpowiedź na to pytanie?

Zakończę dziś wypowiedzią Picassa „byłem dzieckiem gdy nauczyłem się rysować Rafaelem, resztę życia próbowałem nauczyć się rysować jak dziecko”.

 

 

 



Popęd cz.VI – koncept kulturowy i symboliczny [3]


Rzeczą charakterystyczną dla obu teorii popędów Freuda jest to, że różnią się one od siebie tylko jedną rzeczą. Popęd życia, przetrwania, sprawa wydawać by się mogła oczywista, została zastąpiona przez popęd, ale śmierci, co już oczywiste nie jest. Skoro każde życie ludzkie kończy się śmiercią, to należy nazwać popęd tym rządzący popędem śmierci. Chyba że utożsamimy popęd życia z rozrodem, jedynym mechanizmem zapewniającym zwierzętom przetrwanie. Lecz ludzie rodzą się w wyniku seksualności, a inne zwierzęta nie. Płciowość w przypadku człowieka ma charakter seksualny, kompletnie oderwany od konstytucji biologicznej. Więcej, tak ukonstytuowana seksualność okupuje i popęd życia i popęd śmierci. Zwyczajny i powszechny w przyrodzie rozród jest nazywany „robieniem dzieci” i to robieniem w sposób zrytualizowany, mający swoje reguły, a nawet kanony rządzące zachowaniem, nie mającym żadnych związków z samą czynnością umożliwiającą dotarcie plemników do macicy. Podobnie z popędem śmierci. Rytuały przedśmiertne (np.wiatyk i sakrament umarłych, pisanie testamentu itp.), pogrzebowe i pośmiertne (cmentarze, groby z napisami nagrobnymi). Popęd seksualny każę nazywać śmierć kogoś „odejściem od nas”, a zmarłego/ą na grobowcu „nasz kochany/a…”. Popędy w życiu ludzkim nie są biologią, są konstruktem – sublimacją.

Napisałem popędy – ile ich jest? Mnóstwo, nie wiemy ile, i nie będziemy wiedzieć. Wiemy to od czasów przyjęcia do wiadomości seksualności dzieci jako faktu. Dzieci są istotami seksualnymi od początku. I to na maksa. Ich seksualność to nieograniczona różnorodność. To polimorfizm. Gdyby przeflancować tę polimorficzność na dorosłych, to okazałoby się, że dzieci oddają się wszelakim formom perwersji, że dzieciństwo to zaczątek wszystkich późniejszych perwersji. A mimo to u dzieci nie obserwuje się dojrzałych ich form. U dorosłych, u ogromnej większości z nich, obowiązuje coś z usztywnienia, utrwalenia na czymś, czy też lepiej, umocowania czegoś do czegoś. To fixierung Freuda, fiksacja. Tyle że po wykradzeniu tego terminu przez psychologię, stał się on synonimem wszystkiego co ma związek z przystosowaniem się – hadżarem współczesnej psychologii.

Seksualność wszystko psuje. Freudowska fiksacja, zwykłe umocowanie popędu do obiektu, popędu z obiektem rozkoszy. O jakim przystosowaniu mogłaby tu być mowa? Weźmy za przykład asfiksjofilię – upodobanie,a nawet pożądanie podduszania kogoś lub siebie w celu osiągnięcia rozkoszy – gdzie tu jest przystosowanie się i do czego? Fiksacja traktowana też jest jako mechanizm obronny (koniecznie mechanizm, a nie obrona). Wiecie dlaczego? Od czasu gdy studiowałem psychologię, stała się ona nauką dla każdego, prostą a nawet prostacką. Wszystko jest tłumaczone mechanizmami. Nie można powiedzieć, że to obrona, bo trzeba byłoby określić kto broni i przed czym broni. Przed czym broni wyjaśni ci taka psychologia pojęciami frustracji lub lęku, a bardziej psychodynamiczna wersja jej pojęciem kastracji (jak gdyby kastracja istniała w rzeczywistości). Natomiast miejsce ktosia broniącego się nazywają mechanizmem obronnym. W takim ujęciu człowiek staje się mechanizmem. A wszystko po to, by za wszelką cenę nie użyć pojęcia osobowego, np. podmiot (podmiot nie jest mechanizmem, a potrafi się bronić). Frustracja to, jak się zdaje freudowskie Versagung, coś w rodzaju zawodu, niepowodzenia, nie stanięcia na wysokości zadania. I znowu, dla Freuda każde pojęcie psychoanalityczne ma przejść przez próbę ogniową jaką jest powiązanie pojęcia z bytem osobowym. Dlatego np. nie zdanie egzaminu nie musi być frustrujące; jest takim gdy dla danej osoby zdanie egzaminu jest porażką osobistą.

Powracamy do seksualności dzieci. Wszech nam panujący obecnie prezes stwierdził niedawno publicznie „won od naszych dzieci, nie pozwolimy na ich seksualizację” (lubię stosować hiperbolę, więc wybaczcie, że „wara od” zastąpiłem „won od”). Zawsze mnie zastanawiało dlaczego ludzie nie pukają się w czoło w obecności innych ludzi, którym wydaje się, że wiedzą co mówią. Seksualizacja w mniemaniu WNPOP to działanie jednych rozseksualizowanych ludzi przeciwko małym istotkom, czyściutkim jak biskupi jeszcze niedawno o tych istotkach twierdzili. Teraz zmienili azymut – teraz twierdzą, że małe istotki uwodzą czystych dorosłych w sutannach. Kto ich naseksualizował? Ano „bydło ludzkie”, czyli zboczeńcy. Problem w tym, że dziecko, które jest molestowane seksualnie rzadko jest ofiarą seksualizacji. Znacznie częściej reagują zahamowaniem seksualnym. W ramach aneksu do tego tematu dodam, że są wśród ofiar dzieci, które nie są ofiarami w sensie logicznym. Wiedzą, że tego chciały, a nawet, że prowokowały dorosłych do takich czynów. W takich przypadkach nie ma ofiary, więc nie ma molestowania, a zatem nie ma traumy. Zaznaczyłem, że chodzi tu o sens logiczny, a nie prawny.

Jeśli tak, to skąd pochodzi ta demonizowana seksualizacja? Cóż, dzieci zawdzięczają to rodzicom i najbliższej rodzinie. Pogódźcie się z tym do następnego wpisu, w którym zajmę się tym, jak do tego dochodzi, dlaczego, a także dlaczego reklamowanie nauczania spraw związanych z seksem niczego w seksualizacji nie zmienia.

KP



Popęd cz.V – konstrukt kulturowy i symboliczny[2]


Obiecałem napisać nieco więcej o popędzie śmierci, o tym „to jest głupie”, a co nad wyraz logiczne jest. Jeśli 2+2=4, to zdanie „skoro się urodziłeś to umrzesz” jest prawdziwe. No, chyba że 2+2=4 jest „głupie”. Lecz czy ktokolwiek i kiedykolwiek powiedział, czy napisał, że prawda jest mądra? Więc może jednak jest głupia? Zatem o głupocie będzie ten wpis. Tak, głupocie, bo to skrajny wyraz istnienia popędu śmierci.

Jednym z najbardziej skomplikowanych tekstów Lacana jakie napotkałem był ten o głupocie. Nie o braku inteligencji, ale o namiętności jaką jest głupota – głoszenie głupstw przez tych, którzy nie wiedzą, że są ignorantami. Weźmy Kajfasza, człowieka niewątpliwie inteligentnego i cwanego, zestawu cech tak potrzebnego ludziom u władzy będących. Otóż mówi on do członków Sanhedrynu znamienne słowa, że lepiej jest zabić jednego człowieka, niż skazać na nie istnienie cały naród żydowski (naród jest lepszym słowem niż lud, bo Kajfasz niewątpliwie miał na myśli lud żydowski). Czy naród może umrzeć? Czy może umrzeć coś co nie żyje? Według Kajfasza może, a może nawet wkrótce. A Jezus nie może umrzeć, on musi umrzeć. W tej konfrontacji racja jest po stronie tego ostatniego. Kajfasz nie jest jasnowidzem. Jak każdy z nas nie zna on przyszłości. O ile sam on umrze, i ja i wy w końcu też spotkamy śmierć, to owa śmierć jest horyzontem, poza którym istnieje tylko niewiedza. Jak mówimy „śmierć jest kwestią czasu”. Życie mi dane i śmierć mi dana wyznaczają czas, czas mi dany. Być może poza tym czasem nie ma innego czasu. W tym czasie, czasie mi danym, wracam do domu, jadę pod jesion by poczuć smak pocałunków dziewczyny, dzwonię do dziecka by powiedzieć mu, że może na mnie liczyć. A tam, poza horyzontem, czy pocałuje mnie dziewczyna i czy wrócę do domu? Tu życie, a tam śmierć. Tu coś, a tam nic.

Tam psychoanaliza nie sięga. Psychoanaliza nie jest wiarą, nie jest religią. Lacan wprowadził koncept „znaczącego polskiego” to z polska, lub „znaczący-polska” z francuska. Miał na myśli to, że Polacy stają się nimi tylko wtedy, gdy nie ma Polski. Czas rozbiorów i czas IIWŚ, czas nie istnienia Polski, to czas umierania Polaków. Po co? By zaistniała Polska, nawet gdyby nie było Polaków. Znaczący-Polska to znaczący braku znaczącego. Więc jeszcze raz, czy istnieje Polska, gdy nie ma już Polaków? Bo gdy Polski nie ma, to Polacy istnieją. Więcej, godzą się na własną śmierć, by była Polska. Czyż to nie głupie? Oto inny przykład głupoty Polaków, powód do największej dumy, hasła wypisywanego na sztandarach bojowych, tego o walce „za naszą i waszą wolność”, tych słów pełnych uniesienia „Polsko, jak słodko dla ciebie umierać”. Więc umierajmy, by Polska była. A hymn? „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my [Polacy] żyjemy”. A co komu po Polsce, gdy Polacy zginą? A Orlęta Lwowscy? A głupota Powstania Warszawskiego, gdzie by uniknąć wymordowania przez Sowietów, zgodziliśmy się na wymordowanie przez nazistów? I głupota słów o wolności wywalczonej dla nas i innych przez własną śmierć. Więc przypomnę, na początku XIX wieku wybuchło powstanie niewolników na Santo Domingo. Celem było wywalczenie wolności. Napoleon wysłał w celu stłumienia powstania wojska, w tym legię polską. No i Polacy zaczęli strzelać i zabijać tych, którzy walczą o wolność. Kilkuset Polaków  przeszło na stronę niewolników. Wtedy Polacy zaczęli strzelać do Polaków. Po uzyskaniu wolności i powstaniu Haiti ci, którzy przeszli na stronę niewolników zostali na Haiti tworząc diasporę polską. W zasadzie dzisiaj już nieistniejącą, zapomnianą i niechcianą przez Polaków tutaj. Tyle są warte hasła. One nie umierają i nie umrą nigdy. Po prostu nie mają znaczenia – wystarczyło, że Napoleon wydał rozkaz zabijania walczących o wolność.

Tu pojawia się kolejny przejaw popędu śmierci. Dlaczego ludzie zabijali ludzi – dylemat H.Arendt, i nie tylko jej. Psychologia jest bezradna – trudno jest przyjąć do wiadomości, że na dziesiątki milionów żołnierzy i dalszych dziesiątek milionów cywilów składają się sami psychopaci. Religia jest bezradna – trudno uwierzyć, że diabeł mógł przekabacić na swą stronę setki milionów ludzi, w głównej swej części składającej się z chrześcijan. A odpowiedź jest prosta – wystarcza tylko wydać rozkaz. Wystarcza tylko mieć wodza, nawet wybranego demokratycznie. Dlaczego ludzie wybierają na wodza kogoś, kto głosi hasła eliminacji ludzi? Są głupi? A jakże, tak! Jak każdy z nas pod wpływem popędu.

I na koniec, w IV odcinku serialu Czernobyl jest wielki fragment działania popędu śmierci. Trójka żołnierzy otrzymuje rozkaz wymordowania (myśliwi i leśnicy stosują eufemizm „odstrzał”) wszystkich zwierząt domowych. Sceny są przerażające. Współcześnie przywykliśmy do scen eliminacji milionów ludzi; wymyśliliśmy nawet słowo na to – holocaust. Lecz jakim słowem nazwać zagładę wszystkich zwierząt domowych, zwierząt ufnie i z radością biegnących do gwiżdżących, by je przywołać, trójki ludzi z karabinami. Ludzi, którzy muszą potem każde zwierzę dobić kilkoma strzałami, wrzucić je na samochód, na koniec wyrzucić truchło do wspólnego masowego grobu, który na koniec ma być zalany betonem. Sceny żywcem wyjęte z filmów dokumentalnych dotyczących zagłady ludzi. Na koniec zaś trójka strzelców nadużywa alkoholu, aby obudzić poczucie winy, bo jak wiadomo Freud śmiał przypisać superegu popęd śmierci.

Tyle o popędzie śmierci. Nie przyjmujemy do wiadomości jego istnienia, albowiem sami w duszy myślimy o sobie, że my strzelać nie będziemy i nie będziemy wykonywali pewnych rozkazów. Pamiętajmy wszelako, że w czasach wojny odmowa wykonania rozkazu kończy się śmiercią. Popęd śmierci nade wszystko.

Następnym razem zajmę się popędami seksualnymi.

KP

 

 

 



Popęd cz.IV – konstrukt kulturowy i symboliczny[1]


Psychoanaliza jest wrzodem, wrzodem na tyłku świata. Świata nauki, świata wiar wszelakich, świata kultury i sztuki. Psychoanaliza irytuje, irytuje zwłaszcza Innego. W konsekwencji jest wybiórczo nienawidzona. Nienawidzona na pewno z dwóch powodów. Przeklęta seksualność dziecięca (nie mylić z seksualnością dzieci!) i przeklęty popęd śmierci (logiczna konsekwencja istnienia popędu życia – „żyjemy, by umrzeć”, uniwersalny cel wszystkich osobników, czyli „żyję, by umrzeć”).
W tym wpisie zajmę się popędem śmierci. To zapewne najbardziej paradoksalny i skomplikowany koncept, który sprawia trudności nawet filozofom. I nie chodzi tu o kłopot ze zrozumieniem tegoż konceptu. Chodzi o nie przyjmowanie do wiadomości konsekwencji istnienia czegoś takiego. To co innego niż nie zgadzania się z nim, odrzucanie go. By cokolwiek odrzucić, najpierw trzeba to posiadać. By się z czymś zgadzać, trzeba przyjąć jakieś coś do wiadomości. To nie jest standardowa obrona, tak sprymityzowana przez powszechne stosowanie terminu „wypieranie”. Ale o obronach przyjdzie jeszcze czas napisać.
Popęd śmierci to w zasadzie rodzaj wyboru wymuszonego – cokolwiek wybierzesz, działasz przeciwko sobie, w radykalnej wersji ma postać „cokolwiek wybierzesz, umrzesz”.
Dość oczywiste jest, że takie wybory istnieją w życiu ludzi. Przyjrzyjmy się kilku przykładom. Jeden już zasygnalizowałem. Kajfasz przeciwstawia sobie dwa życia – życie jednostki ludzkiej (nie ma większego znaczenia, że jest nią Jezus z Nazaretu) i życie narodu (chociaż dla narodu/ów życie też nie ma większego znaczenia). Kajfasz jest „zwolennikiem” teorii ewolucji i nie zauważa, że w jego ujęciu przetrwanie narodu nie może obejść się bez ludobójstwa (w tłumaczeniach posługujących się terminem „lud” sprawy mają się podobnie).
Drugi przykład dotyczy katastrofy w Czernobylu (pochodzi z serialu paradokumentalnego Czernobyl, opartego na faktach). Otóż, za circa 48 godzin dojdzie do drugiego, o wiele potężniejszego wybuchu, w wyniku którego zginie circa 60 milionów ludzi. Jedynym ratunkiem jest odkręcenie 3 zaworów, które pozwolą napełnić 3 zbiorniki wodą, pozwalając tym sposobem na schłodzenie reszty rdzenia atomowego. Tę pracę musi wykonać minimum 3 ludzi. Mają to być ochotnicy. Prośba o to skierowana jest do kilkudziesięciu pracowników. Wiadomo, że ze względu na poziom napromieniowania trójka ochotników umrze w ciągu 48 godzin. Lecz umrze także za 48 godzin z powodu wybuchu, podobnie jak następnych 60 milionów ludzi. Pracownicy nie wyrywają się do tego. Ale jeden po drugim ich troje zostaje ochotnikami. Więcej ochotników nie ma. Dlaczego ochotnicy się pojawiają? Dlaczego instynkt przetrwania u nich zostaje wyłączony? Dlaczego u 3 zostaje wyłączony, a u pozostałych, dajmy na to 80, nie? Powrócimy do tego jeszcze.
Trzecim przykładem jest fragment, ale jaki!, losów W.Churchilla. W maju 1940, w koszmarze grożącej klęski wojennej staje się mężem stanu i ojcem narodu, by w lipcu 1945 ponieść klęskę wyborczą. Dlaczego tak się stało? W 1951 kolejny raz staje się premierem i w tym czasie na jego rozkaz, na wielką skalę prowadzi się wojnę totalną, rozstrzeliwując jeńców, budując obozy koncentracyjne i dokonując masakr ludności cywilnej. Skąd takie „zamiłowanie” do śmierci? Od rzezi armii brytyjskiej pod Gallipoli w WWI cierpi aż do śmierci na depresję, i niszczy siebie chlejąc i kurząc jak smok nawet na chwilę przed udarem mózgu? Czy jest przypadkiem to, że jego poznana genealogia obejmuje od XII wieku aż do niego samego ciąg wojskowych, mnóstwo z nich wybitnych, w tym jednego zaliczanego do najwybitniejszych w historii?
Wszystkie przykłady obrazują działanie popędu śmierci. Następnym razem postaram się zanalizować wszystkie trzy w sposób, który przybliży wam ten nielubiany, odrzucany i nierozumiany koncept Freuda.
KP
P.S. Nierozumiany w tym przypadku nie oznacza niezrozumienia z powodu owego konceptu skomplikowania. Oznacza jedynie, że nie ma chęci, by go zrozumieć.



Popęd cz.III Seksualność dziecięca i poemerytalna


Niektórzy z was pewnie zauważyli, że z opóźnieniem dodałem tytuły wpisów. Czasami pisząc wpisy na blog mam wrażenie pisania książki. W takiej sytuacji nie ma konieczności pisania jak leci. Zapewniam, że tytuły są bardzo ważne. Od bardzo dawna wzorem tytułu jest dla mnie „W stronę Swana”.
Zacząłem swe rozważania na temat popędu od człowieka jako zwierzęcia. Czy wiele nas z nim wiąże? Niby bardzo wiele – od anatomii, morfologii stelażu jakim jest szkielet, po szlaki przemian chemicznych, które dla bardzo wielu są życiem samym. Powiecie, że to bardzo wiele. Zapewne tak. Lecz kiedyś na drodze ewolucji pojawił się wyłom. Prosta droga od życia do życia, od pojawiania się coraz to nowych gatunków mających zastępować gatunki ginące, do życia wiecznego, życia odpornego na śmierć. Wyłom okazał się być zboczeniem.
Z kolei potem mowa była o wyłonieniu się człowieka, ale nie człowiekowatych. Nie o ludziach, tylko o człowieku. Bycie, które brane jest jako „jedynowatość”, der einzieger Zug, jak pisze Freud. Zug to pociąg (też w metaforycznym sensie), ale też „rys”, nie obrys czy zarys, tylko to co jest mówione w powiedzeniu „cechował go szczególny rys”. Wyłom, o którym mowa jest zerwaniem z zależnością. Po pierwsze od chemii, która jest życiem (oczywiście chodzi o biochemię). Mowa z mówieniem nie jest tworem chemicznym, a żadna przemiana chemiczna nie prowadzi do tworów niechemicznych, Po drugie od instynktu (der Instinkt). Prostota instynktu z jego jednym i jedynym celem, ale bez obiektu, zostaje zastąpiona polimorfizmem popędu (der Trieb), z jego jednym i jedynym celem, którym jest satysfakcja podmiotu, tylko podmiotu, ale bez satysfakcji gatunku i bez celu leżącego hej nie wiadomo gdzie. Człowiek jako podmiot wie, że umrze. Bezwzględnie i nieodwołalnie. Do tego prowadzi chemia życia w przypadku każdego osobniczego istnienia. W przypadku wspomnianym nie ma zastosowania pojęcie gatunku. Teoria ewolucji nie zna litości dla poszczególnych osobników. Stąd gustuje w gatunkach, które gdyby nie apokaliptyczne katastrofy, istniałyby wiecznie, w wieczności wiecznie przekształcających się owych tworów zbiorowych. Istnieją przecież i dziś owe zbiorowe ciała istniejące setki milionów lat w nie zmienionych kształtach. Plemię ludzkie też może istnieć setki milionów lat. Lecz zdaje się, że szybciej niż sprawdzenie tej możliwości, wymrze z powodu „wojenki”, którą wywoła dla własnej satysfakcji jakiś jeden osobnik zwany człowiekiem. Dlaczego? Oto wyjaśnienie, całkiem zgrabne, słyszalne w słowach polskiej pieśni wojennej: „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, że za tobą idą chłopcy malowani”. Oj idą i pójdą. Wiecie dlaczego? (Odpowiem w komentarzach, o ile się pojawią).

I teoria popędów II teoria popędów
_________________ ___________________
Popęd życia Popęd śmierci
_______________ __________________
Popędy seksualne Popędy seksualne

Schematy powyższe pokazują, że teoria popędów Freuda (Lacan nic w niej nie zmienił) jest prosta (jak większość teorii psychoanalitycznych). Górny poziom schematów dotyczy tego, że popęd życia i popęd śmierci to jeden i ten sam popęd. Zacytuję tu słowa Kajfasza „lepiej…aby jeden człowiek umarł za naród, niż żeby cały naród zginął”(J11,50). Całkiem zgrabne motto teorii ewolucji i wszelkich uzasadnień każdej wojny [lepiej by….niż zginął cały naród]. O ile wszelako jednostki żyją, narody żyją tylko w metaforze – narody żyją tylko dzięki śmierci jego obywateli.
Drugi, dolny poziom, wygląda tajemniczo. Nie ma popędu seksualnego, są tylko popędy seksualne. Jest ich tyle ile obiektów sprawiających satysfakcję znajdzie, odkryje, wymyśli, pozna, podmiot. Zapewniam, jest ich nieskończona ilość. Dlatego na seksualność człowieka składają się popędy cząstkowe. Jak inaczej bowiem można wyjaśnić seksualność dzieci i starców?
d.c.n.
K.P.
P.S. Dla oburzonych przywoływaniem Ewangelii w/g Jana, tudzież moim rzekomym klerykalizmem, wyjaśniam, że czytam bardzo dużo książek, a mam ich jeszcze więcej. Te, które nazywam mądrościowymi czytam wiele razy, bo zawsze w nich coś dla siebie i was znajduję. W moich poszukiwaniach kieruję się sobą, a nie ideologiami, czy nawet światopoglądami. Tym bardziej poglądami modnymi i aktualnymi.



Popęd cz.II Człowiek


We wpisie poprzednim, co to częścią nazwałem, a jak okaże się nie bez kozery ma związek z popędem, chciałem pokazać jak z instynktu rodzi się popęd, stając się równocześnie czymś innym niż to, z czego powstał. Przypomina motyla powstałego z gąsienicy – w zasadzie dwa odmienne byty. Instynkt jest siłą stadną, siłą sprawczą dla wszystkich gatunków bez wyjątku. Także wszystkich osobników wszystkich gatunków.
Instynkt steruje życiem, dba, by życie samo, istniało. W sumie przeto, życie,jego istnienie, nie jest ograniczone śmiercią. Życie rodzi życie. Nowe życie kończy stare życie (motyl zaczyna życie, gąsienica je kończy). Samo życie się nie kończy. Życie jest nieśmiertelne. Freud nazywa tę właściwość Erosem i traktuje na początku jako popęd (I teoria popędów).
Dlaczego popęd a nie instynkt? Bo popęd miał w sobie coś, co czekało na odkrycie. Czekało na geniusz Freuda. Czekało, albowiem paradygmat nadrzędności grupy, stada nad jednostką, musiał być zastąpiony innym. Używając pojęć stosowanych na tym blogu powiemy, że władza społeczeństwa, władza dyskursu, władza, którą można, bo czemu nie, określić niezbyt miłym mianem przemocy, ma zastosowanie także w odniesieniu do instynktu.
Instynkt dzierży władzę absolutną nad zachowaniem zwierząt. Ma charakter bezwyjątkowy. Obowiązuje w życiu każdego osobnika. Całość zachowań zwierzęcych, cały behawior zwierząt jest podporządkowany instynktowi przetrwania gatunków.Celem jest życie, jego istnienie, o ile rzecz nie dotyczy konkretnych osobników.
Moim zdaniem Freudowi przytrafiło się przeoczenie (forma czynności pomyłkowej). Podczas pisania 3 esejów był już psychoanalitykiem i ujmował życie w kontekście osobniczym, „zapominając” o gatunkowym. O ile więc w przypadku instynktu celem życia jest istnienie życia, o tyle popędu nie jest życie tylko śmierć. My, ludzie, żyjemy by umrzeć. Zwierzęta, by skończyć życie. Gatunek, by żyć dalej lub zmienić się w inny gatunek, w ten sposób pozwalając życiu istnieć.
To, co jest wspólne dla człowieka i zwierząt, to właściwie to, że w zasadzie ciało ich i człowieka jest skrzynką na geny. Z tą jednak różnicą, że w przypadku ludzi nie tylko.
Przeoczenie Freuda, jego pomyłka, dała o sobie znać w stwierdzeniu w dziele Popędy i ich koleje losu – „Popęd lokuje się między duszą a ciałem”. Nie sądzimy, by miał na myśli muchy, kawki, czy nawet szympansy. Ta sama pomyłka ukazuje na horyzoncie perspektywę śmierci, która nieco później została określona jako popęd śmierci. Ten popęd zamienił popęd życia z I teorii i stał się podstawą II teorii popędów.
Ciąg dalszy następnym razem.
K.P.



Popęd, cz.I Zwierzę


Nasi kochani antropologowie, tu gryzę się w język, by nie krzyczano na mnie żem jakiś samiec alfa, więc dodaję w pośpiechu „i antropolożki”, co to życie swe młode spędzają wśród „naczelnych”. Panie te zatem (słówko „zatem” używam, by nie powtarzać w kółko słówka „więc”), a za nimi panowie, tak ukochali naczelne i wcześniejsze „człowiekowate”, że zagubili się we własnym powołaniu. Już nie tylko nie dostrzegają różnicy między nami a naczelnymi (albowiem, to zastępnik dla „bo”, między nami a „człowiekowatymi” w zasadzie nie ma różnic, jak sądzą, chociaż tego głośno nie przyznają), ale gotowi są widzieć w żuczku gnojowniczku prefigurację Syzyfa i obecność na tak wczesnym etapie ewolucji genu „symboliczności”.
I tak, najpierw twierdzono, że człowieka określa dwunożność, często nieprecyzyjnie określana mianem pozycji wyprostowanej. Wykazywano tym słabą znajomość zoologii, zapominając o pingwinach i kangurach. Argument o wyjątkowości człowieka w stosunku do zwierząt w postaci dwunożności upada. Potem mówiło się o „wynalazczości” zwierząt. I wydaje się, że nikt nie chce dostrzec, że owe „wynalazki” podporządkowane są instynktowi przetrwania. Nie służą zwierzęciu, służą tylko i wyłącznie trwaniu życia dzięki gatunkowi (a precyzyjnie liczebności osobników danego gatunku). U ludzi tak nie ma. Wynalazczość nie polega na podporządkowaniu wynalazku instynktowi. Instynkt kieruje się ku jednemu, uniwersalnemu obiektowi, który jest konieczny do przetrwania. Uniwersalny oznacza tu tylko tyle, że jest on nieobcy każdej żywej istocie. Dla człowieka prosty kijek, służący orangutanom do wyciągania termitów z norek, staje się narzędziem do wsadzania go w oko innego człowieka (to jest kreatywność), albo poprzez wykonanie przycięć użycie go jako widelca (to wynalazczość). Jest jasne, że wsadzanie w oko, ani używanie widelca, nie jest potrzebne do tego, by człowiek przetrwał. Z kolei argument, że moralność nie jest obca zwierzętom nie dotyczy moralności, jak sądzą propagatorzy tegoż, tylko tego, że małe dzieci z lubością wkładają kijek w oko innego dziecka (ale ono jest nieświadome czynionego zła, mówią), a duże dzieci, czyli dorośli, mając świadomość zła i czynienia zła, mimo tego czynią zło. Zatem dzieci i dorośli czynią zło, pomimo istnienia moralności, która ma temu zapobiegać. I czynią tak wszyscy ludzie.
Czym przeto jest ta siła, konieczna i przez to nieunikniona, niezależna od wieku ani płci, od świętości także?
Tą siłą jest popęd.
Dwie właściwości bycia człowiekiem czynią go istotą wyjątkową w porównaniu do zwierząt. To mowa i popęd.
Ale o tym przeczytacie w części drugiej.
K.P.



Potrzeba


Poprzedni wpis zacząłem od pokazania, że w samym języku zaznacza się różnica między „chcę” a „pragnę”. Powiemy „chcę coś zjeść”, „chce mi się jeść”. Raczej nie powiemy „pragnę coś zjeść”. Powiemy „chcę do domu”, raczej nie „pragnę do domu”. Na czym polega różnica?
Różnica bierze się z obiektu, ku któremu parcie popycha podmiot. Podane przykłady dotyczą pokarmu, pożywienia, jadła, a także domu w całej rozległości metafor, w jakiej to słowo (znaczący) może być użyte (chata, gniazdo, siedlisko, stado, wataha, ławica, grupa, plemię, rodzina, ród itd.). Lecz gdy powiemy „mam ochotę na ciastko, golonkę czy tofu”, to myślimy o innym obiekcie niźli pokarm. I to pomimo tego, że ciastko, golonka itd. to podzbiór zbioru pokarm. Różnica tkwi w tym, że każdy musi jeść i mieć swój dom. Nie każdy natomiast musi jeść golonkę czy tofu. Tylko niektórzy, pojedyncze jednostki, lubią, a bywa że uwielbiają jakieś ciastko, jakąś golonkę, czy jakieś tofu. Nie tofu jakiekolwiek, tylko to, a nie inne. Dlatego nasz jadłospis opieramy na menu. No, chyba że nie jedliśmy na tyle długo, że zaczęliśmy odczuwać głód w czystej postaci – muszę zjeść cokolwiek.
W ten sposób różnica między pokarmem a ciastkiem czy golonką staje się bardziej zrozumiała. Pojawia się wraz z wyłonieniem się podziału na gatunek i jednostkę istniejącą w obrębie danego gatunku. I wcale nie chodzi tu o świadomość samego siebie. Nie można bowiem wykluczyć, że inne zwierzęta mają jakąś formę świadomości siebie, ale czy mają świadomość tego, że każdy przedstawiciel danego gatunku charakteryzuje się tym samym? Albowiem z mego „wiem, że jestem” nie wynika, że on, ona, ono wiedzą, że każde z nich jest. Dla istnienia gatunku świadomość jednostkowa nie jest konieczna.
Cały ten wywód o różnicy między pokarmem a golonką, czy domem a willą, służy odróżnieniu instynktu od popędu. Instynkt jest pierwotnym wyposażeniem gatunku, wszystkich gatunków, cechą świata ożywionego, zasadniczą siłą postulowaną przez najważniejszą tezę teorii ewolucji – celem życia jest trwanie życia. Tą siłą jest instynkt przetrwania. Nie jakiegokolwiek osobnika danego gatunku, tylko samego gatunku. Zapewnia on istnienie rozmnażania, jedzenia, picia, wydalania, a także sposobu, wspólnego dla wszystkich osobników gatunku, chronienia się przed drapieżcami i wrogami.
Instynkt charakteryzuje się:
A) regularnością wyrażaną cyklicznie.
Mowa tu o sile nie będącej constans. Nie działającej cały czas. Po odnalezieniu obiektu zanikającej. Po pewnym zaś czasie pojawiającej się ponownie. Jak uczy zoologia, zwierze je tylko tyle, ile musi. Człowiek zaś albo się przejada, albo niedojada. Z kolei zjawisko rui włącza albo wyłącza zachowania seksualne. Człowiek nawet gdy śpi ma z nimi do czynienia, a seksualność istnieje przez całe jego życie.
B) typowością obiektu.
Drapieżcy żywią się mięsem, roślinożercy roślinami. Ich jadłospisy wykluczają się nawzajem. W przypadkach skrajnego głodu próbują bezskutecznie stać się wszystkożercami. Ludzie są wszystkożercami, skrajnymi wszystkożercami. W zasadzie jedzą nie odczuwając głodu.
C) jednorodnością obiektu.
Mięsożercy jedzą albo mięso świeże (drapieżcy), albo nadpsute/zepsute (padlinożercy). Roślinożercy zaś albo trawy, albo liście, gałązki/gałęzie. Nawet Sir D.Attenborough, którego filmy zawsze oglądam z największym zainteresowaniem, nie dostrzega tej zasady. Ostatnio widziałem zachowanie orangutanów, które zmyślnie tworzyły proste narzędzia. Ta wybitna postać widziała w tym tylko podobieństwo do człowieka. Nie dostrzegała zaś, że cała ta wynalazczość orangutanów służyła tylko jednemu celowi – zdobyciu pokarmu. Siłę, która kieruje się tylko do obiektów gwarantujących przetrwanie gatunku i prolongację samego życia, nazywamy (my, analitycy) potrzebą.
D) jednolitością tendencji seksualnej.
Zwierzęta kopulują, samce pokrywają samice. Obowiązuje jedna pozycja seksualna. Ejakulacja (lub seria ejakulacji) kończy zachowania seksualne. Role płciowe są jasno określone. Zachowania „homoseksualne” zwierząt nie są osadzone w orientacji seksualnej. Jednolita tendencja seksualna nakierowana jest na maksymalizację szansy rozmnożenia się, a co za tym idzie tylko przetrwania gatunku.
W przypadku człowieka znaczenie instynktu zostaje zredukowane na rzecz popędu, który wyłania się jedynie w formie popędów cząstkowych, jakby był on rozszczepiany przez jakiś pryzmat (podmiot wraz z ciałem i jego strefami erogennymi).
Następnym razem zajmę się przeto pojęciem popędu.
K.P.



Pragnienie pragnienia – pragnę pragnąć


Kontynuujemy temat rozpoczęty poprzednim wpisem. Trzecią z kolei kategorią łatwo myloną z pragnieniem jest chęć. By ją zrozumieć posłużę się pewną obserwacją. Oto przychodzimy do domu i mówimy „chcę coś zjeść”. Pytanie brzmi: co jest bardziej prawdopodobne, użycie zwrotu „chcę coś zjeść”, czy też „pragnę coś zjeść”? Chociaż użycie obu form jest dopuszczalne, to w tym kontekście użycie drugiej z nich jest bardzo mało prawdopodobne. Sam język wskazuje na różnicę między chceniem a pragnieniem. Różnicę tworzy obiekt.
Czym Jest obiekt? To pojęcie jest skomplikowane w konceptualizacji. I tak jak komentator, na którego komentarz się powołuję, traktuje pojęcie pragnienia jako banalne, tak w przypadku pojęcia obiektu możemy zauważyć podobne zjawisko. Ależ obiekt to banalny przedmiot, mógłby powiedzieć tenże komentator! Tymczasem psychoanaliza stwierdza, że obiekt to nie przedmiot. To raczej „jakieś coś”. Jak to rozumieć?
Weźmy za przykład sosjerkę, z jednej strony, i kobiecy wdzięk, z drugiej. Nikt nie będzie miał wątpliwości, że sosjerka to przedmiot, ale wdzięk już nie. No dobrze, lecz napełnijmy sosjerkę sosem. Czy sos jest przedmiotem? No nie. Z pewnością wszelako, podobnie jak wdzięk, jest czymś. To jakieś coś [w ramach dygresji przywołam tu cudowny filmowy horror o tytule Coś, co jest tłumaczeniem doskonałym angielskiego tytułu The Thing]. Zatem, czyżby sos i wdzięk był rzeczą? W psychoanalizie odpowiadamy na to pytanie twierdząco. Nie chodzi tu o utożsamianie przedmiotu i rzeczy. Chodzi tu o rozumienie rzeczy w taki sposób, w jaki jest to ujmowane w wyrażeniu „w czym rzecz?”. [W czym rzecz gdy chodzi o wdzięk?]. Otóż, to coś, co w rzeczy samej [się znajduje, dodatek mój], nazywane jest przez psychoanalizę obiektem. Wdzięk ma w sobie obiekt i sos ma w sobie obiekt.
Koncept obiektu jest tym, co jednoznacznie odróżnia psychoanalizę od psychoterapii, Ten sam obiekt odróżnia także dwa podstawowe podejścia psychoanalityczne. Obiekt jest pojęciem freudowskim, które występuje w dwóch postaciach – obiektu (der fremde object) i rzeczy (das ding). Te dwa podejścia, nazwijmy je amerykańskim i klasycznym, wzięły się z faktu, że Freud zaproponował dwie teorie popędu. W podręcznikach i opracowaniach, bez odpowiedniej wnikliwości, nazywane są one dualizmem popędowym. Tymczasem Freud w obu przypadkach mówi o teorii popędu, dzieląc przy tym popęd na dwie postacie. Psychoanaliza amerykańska opowiedziała się za pierwszą teorią, czyli popędem Ja, a klasyczna (lacanowska i kleinowska) za popędem śmierci, czyli drugą teorią. Dla psychoanalizy amerykańskiej obiekt jest reprezentacją, czyli wyobrażeniem. Dla klasycznej, w przypadku kleinizmu, to nieświadoma fantazja. Dla lacanizmu, to cząstka Realnego, która odciska się w najbardziej fundamentalny sposób na istnieniu (najpoprawniej byłoby powiedzieć „bytowaniu”) danego podmiotu.
Mamy więc trzy możliwości:
a) obiekt jest wyobrażeniem (na jakimś filmie mama na stole kuchennym stawia dla całej rodziny sosjerkę z sosem. Sosjerkę widzimy, więc nie musimy sobie jej wyobrażać. Sos w niej możemy sobie wyobrazić. Lecz poza wyobrażeniem pozostaje smak, zapach itp.[dla zaciekawionych podaję, że przedmiot, przykładowa sosjerka, może stać się obiektem, ale nie będę tego dalej rozwijał]
b) obiekt może być nieświadomą fantazją, fantazmatem (w pewnym śnie śniący śni ogromny kielich na wino; śmiejąc się mówi „taka ogromna lampa na wino”; jeśli przyjmiemy, że ogromny kielich jest lampą, to może być lampą Alladyna; w konwencji kleinowskiej można powiedzieć, że śniący, jako niepijący alkoholik, śni to, co pozwoli mu na wypicie tego, za czym tęskni; jako lacanista wolę wszakże posłużyć się tu tylko jednym słowem – „dżin”.).
c) obiekt jako coś z Realnego (tutaj obiekt przesłania podmiot, jest skomunikowany z ciałem, nie z podmiotem; ciało staje się ciałem mówiącym; mówi zaś o tym, co go ekscytuje i co go umęcza).
W psychoanalizie lacanowskiej, tak jak w fizyce cząstek elementarnych, istnieje wiele obiektów, minimum 10, aktualne maksimum to 15. Dla porządku wymienię je: obiekt domagania, obiekt potrzeby, obiekt popędu, obiekt pragnienia, pierś, gówno, spojrzenie, głos, obiekt fantazmatu, obiekt jouissance, obiekt jako brak, obiekt jako nic, obiekt pragnienia Innego, obiekt fantazmatu Innego, obiekt jouissance Innego.
Tyle na teraz. Następnym razem temat będzie kontynuowany.
K.P.



Pragnienie jest pragnieniem bez końca


Dziś zajmę się pewną tezą, która została wyartykułowana w komentarzu mojego zapiekłego oponenta z dnia 11.04 zeszłego roku. W post scriptum poczynię kilka uwag do drugiego akapitu wzmiankowanego komentarza, w którym pojawiają się zadziwiające elukubracje. Głównym wszelako tematem, który pojawiał się, nie raz nie dwa, w mym blogu przez kilka lat jego istnienia, jest pojęcie pragnienia. Autor komentarza stwierdza, że pragnienie jest pojęciem banalnym. Jeśli dobrze rozumiem, że zacytuję tutaj ks. Chmielowskiego – „koń jaki jest każdy widzi”, to słowo rozumie się samo przez się. Zatem nie różni się od innych pokrewnych słów, pożądanie, życzenie, chęć, motywacja. Tymczasem tak nie jest. I tak:
Motywacja jest parciem nakierowanym na konkretny cel.
Życzenie to parcie nakierowane na Innego.
Chęć to parcie celujące w obiekt.
Pożądanie to parcie celujące w obiekt.
Pragnienie to parcie celujące w obiekt.
Powie mój oponent, że trzy ostatnie łączy obiekt. Owszem, tyle że nie ten sam obiekt.
Cel w przypadku motywacji nie jest uniwersalny, celów jest mnóstwo (jest tak w psychologii). Lecz w psychoanalizie cel jest składową popędu, a nie osobowości czy ego. W tym ujęciu cel jest uniwersalny i jest nim osiąganie, dosięganie satysfakcji. Trzeba tu jednak podkreślić, że satysfakcja w psychoanalizie nie jest ani zadowoleniem, ani przyjemnością. Satysfakcja osiągana jest przez przekraczanie granic wytyczonych zakazem lub tabu. Jest to więc amalgamat rozkoszy i lęku, który w przypadku przekroczenia występuje raczej w formie trwogi, bojaźni, niźli w przypadku zwyczajnego lęku generowanego przez superego (taka satysfakcja jest określana przez Lacana mianem jouissance).
Życzenie jest adresowane do Innego i jest parciem jak w każdej z omawianych kategorii (parcie zaś jest jedną z czterech składowych popędu – są nimi cel, parcie, obiekt i źródło). Oto ktoś zwraca się do Innego: „zrób mi kanapkę” (można także w formie grzecznościowej: „możesz zrobić mi kanapkę?”). Widzimy, że Inny, według proszącego, ma do swej dyspozycji obiekt. Obdarowanie proszącego tymże równoznaczne jest dla proszącego z tym, że jest przez Innego uznany tudzież kochany. Jak łatwo zauważyć w życzeniu też chodzi o obiekt. Lecz ten obiekt posiada Inny. Może go dać lub nie dać. Jeśli daje, uznaje mnie jako byt. Jeśli nie daje, ignoruje mnie, ma mnie w nosie. Łatwo więc wysnuć wniosek, że większa część scysji, kłótni, gniewu ma swe źródło w życzeniu, które podmiot adresuje do Innego, by być przez niego kochanym, uznawanym, szanowanym, podziwianym. Lacan zaproponował, by nazwać tę kategorię terminem „domaganie” i stwierdził, że obiekt domagania ma charakter uniwersalny – „być kochanym”. Cechą charakterystyczną tego obiektu jest to, że a) posiada go Inny, b) jest czymś najcenniejszym, c) jest, że tak powiem, dowodem miłości. Trzy powyższe właściwości są nieprawdziwe. Inny go nie posiada, co oznacza, że obiekt ten jest jedynie obiektem fantazmatu proszącego podmiotu. Nie jest on najcenniejszy, albowiem cenniejszy od niego jest Fallus, który sprawia, że istnieje ktoś cenniejszy, niż podmiot proszący. Stąd też nie jest ten obiekt dowodem miłości. Dowodem jest stanie się fallusem. Lecz wtedy jest się dla Innego albo obiektem fantazmatu, albo obiektem jouissance.
Koniec Cz.I
K.P.
P.S. W pierwszym akapicie komentarza mój oponent pisze o dziwnych rzeczach, raczej przeczytanych niż przemyślanych. Stąd bierze się moje określenie sprzed dobrych kilku lat. Chodzi o „ludzi Witkowskiego”. Nie są to pretorianie Witkowskiego, ani też jego „ludzie” nie tworzą sekty. Pozostają jednak jego wyznawcami. Cytują argumenty i wnioski przeczytane w jego książkach.
I tak, wcale nie uważam, aby wspomniana analizantka odstawiła leki na dowód leczniczych właściwości psychoanalizy. Nie przerwała psychoanalizy. Czy dlatego, że Pawlak i/lub psychoanaliza jest Tyranem? A cóż takiego robi psychoanalityk, co uzasadniałoby takie twierdzenie? Na takie pytanie nie doczekam się odpowiedzi.
Jakie powody uzasadniają odesłanie kogoś do psychiatry lub na badanie krwi? Jedynie medyczne. Miałbym odsyłać do psychiatry kogoś kto mówi na pierwszym spotkaniu poświęconym powodowi, dla którego pojawia się w gabinecie psychoanalityka:A(analizantka) – „ciągle trafiam na takich samych mężczyzn i nie wiem dlaczego”;P(psychoanalityk) – „a na czym polega to, co nazywa pani, cytuję: „takich samych mężczyzn”?;A – „każdy okłamał mnie, że jest wolny”; P – „nikt nie jest wolny moja Pani”. To nazywam tyranią nauki – wysyłanie do psychiatry bez jakiegokolwiek racjonalnego powodu. Tym bardziej dlatego, że życzy sobie tego niejaki Tomasz Witkowski.
Zainteresowanych tematem odsyłam dla kluczowego tekstu Freuda „Popędy i koleje ich losu”.